Skip to main content

Dlaczego wybrałem Indie i Himalaje na rower?

Indiami zachłysnąłem się już kilka lat temu, kiedy to miałem okazje przemierzać Goa – najmniejszy stan w Indiach położony nad Morzem Arabskim na zachodnim wybrzeżu. Nie była to wyprawa rowerowa, a Goa zwiedzaliśmy na skuterze wraz z Igą – moją żoną. To była dla nas przygoda życia i totalna egzotyka. Mogliśmy rozkoszować się tu widokiem pięknych plaż oraz klimatycznymi knajpkami położonymi w cieniu palm, gdzie próbowaliśmy świeżo wyciskanych soków. W morzu z kolei obserwowaliśmy delfiny i inne niezwykłe morskie zwierzęta. Odwiedzaliśmy świątynie, górskie wodospady, jeździliśmy na słoniu i poznawaliśmy smak Indii. Był listopad, a turystów praktycznie nie było. My zwiedzaliśmy nowy świat, świat w którym szybko się odnaleźliśmy i który pokochaliśmy.

Ten piękny czas poprzedzony był wizytą w Bombaju. Tam bowiem rozpoczęliśmy naszą podróż. Czas spędzony w tym zatłoczonym mieście był ciekawą przygodą, my jednak mieliśmy ochotę szybko opuścić miejską dżunglę. Bombaj był dla nas bardzo przytłaczający. Tuk-tuki, samochody, krowy i ludzie mijają się tu wręcz na milimetry, a wszyscy trąbią bezustannie. Na ulicach handluje się właściwie wszystkim. Można tu kupić starą drukarkę, kable, telefony, pralki, dywany, sok z trzciny, kurczaki, banany, biżuterię i czego dusza zapragnie. Ciężko szukać tu też zasad ruchu drogowego, gdyż każdy jeździ i chodzi jak chce i trochę obowiązuje tu prawo większego. O dziwo nie widać tu wielu wypadków.
Podczas przechadzki przez centrum Bombaju co chwila zaczepiali nas ludzie. Niektórzy chcieli nam coś sprzedać lub naprawić buty, inni prosili o wspólne zdjęcie.

Zapach Bombaju to z kolei miks aromatów, od kurkumy i innych aromatycznych przypraw, po fekalia i palone opony. Z tego właśnie powodu oraz ogromnej ilości samochodów wszędzie panował smog i smród. Nie potrafię sobie wyobrazić co dzieje się tu w bardziej upalne dni.

Bombaj to również widok ogromnej przepaści społecznej. Na ulicy zobaczysz nowego mercedesa czy piękny szklany bank, a tuż obok slumsy i obozy założone na filarach mostów czy rondach, gdzie ludzie palą ogniska z opon i innych tworzyw sztucznych. Ten widok zostanie ze mną już na zawsze i raczej już nigdy nie będę narzekał na swoją sytuację.

Cały wyjazd był przeżyciem, którego nigdy nie zapomnę. Mimo, że większość czasu spędziliśmy w turystycznym regionie Indii, po powrocie do Polski zdecydowanie bardziej mogliśmy docenić to co mamy i gdzie żyjemy. Na Goa mógłbym jednak zalogować się na dłużej.

Indie można pokochać albo znienawidzić. To zdanie usłyszałem przed naszym wyjazdem i totalnie się z tym zgadzam. Tu nie ma rozwiązania pośredniego. Nie wyobrażam sobie, abym mógł powiedzieć, że w Indiach było tak sobie. Osobiście głęboko pokochałem Indie i to całe wariactwo połączone z pięknem kultury, przyrody i krajobrazu.

Drugi wypad do Indii to wyprawa rowerowa. Wybraliśmy się tam wraz z Bartkiem, moim serdecznym przyjacielem. Wiedziałem, że przeprawa przez Himalaje nie będzie łatwa, a Bartek to osoba, która w trudnych chwilach raczej nie marudzi. Szkoda tylko, że Maciek, mój brat, miał w tym czasie inne plany.

Maciek był na wyprawie rowerowej przez Himalaje wiele lat wcześniej i opowiedział nam wiele ciekawostek i przygód ze swojej podróży. Też miałem być na tej wyprawie, ale koszt wyprawy przekraczał równowartość ponad rocznych wypłat z mojej pracy na etacie. Ech…

Relacja Maćka i filmy, które obejrzałem, wryły mi się w mózg na stałe.

Pomysł na wyprawę zrodził się w mojej głowie kilka lat później, ale jakoś miałem problem z podjęciem decyzji. Bardzo pragnąłem zobaczyć Himalaje z pozycji dwóch kółek i poznać Indie od innej strony, iż podczas podróży przez Goa, ale zawsze było jakieś „ale”. W wieku 40 lat, tak to już ten wiek, postanowiłem, że zrobię listę marzeń podróżniczych i będę je spełniał.

I tak na drugim miejscu wpisałem pozycję: Indie na rowerze. Jesteście ciekawi co było na pierwszym miejscu? Pierwsze miejsce zajęło pływanie z delfinami, które spełniłem na Maderze w marcu 2023 roku. Z kolei już we wrześniu leciałem do Indii w Himalaje. Jestem za to światu, żonie i dzieciom bardzo wdzięczny.

Indie to kraj kontrastów, niezwykłych ludzi, niepowtarzalnych zapachów, wspaniałych widoków i przygód, które czekają na Ciebie na każdym zakręcie. Jesteście ciekawi naszej podróży rowerowej przez te nieziemskie tereny? Lecimy z tematem!

Lądujemy w Delhi.

Chwilę się wahaliśmy czy brać własne rowery. Bilet na dwa koła był stosunkowo drogi więc w internecie znaleźliśmy wypożyczalnię rowerów w Manali, która wypożycza przyzwoite rowery w akceptowalnej cenie. Plan był prosty. Z Delhi, jeszcze w tym samym dniu co nasz przylot, ruszamy busem do Manali. Dalej przesiadamy się na rowery i hop w Himalaje. Wszystko pięknie, ładnie i bezproblemowo, jednak nie przypuszczałem, że nasz plan tak szybko się zmieni.

Tuż po lądowaniu i dokonaniu formalności okazało się, że Bartka bagaż nie wyjechał na taśmę lotniskową. Bartka cały sprzęt wyprawowy najprawdopodobniej wylądował gdzieś w Tajlandii, a my otrzymaliśmy informację, że odzyskamy go kolejnego dnia. Korzystając z wolnego czasu ruszyliśmy na podbój i smakowanie stolicy Indii.

Delhi od samego początku wydawało mi się zupełnie inne niż Bombaj. Ruch jest jakby bardziej poukładany, jest w miarę czysto i nie widzę slamsów. Jak się później okazało był to wynik konferencji G20, która miała wkrótce odbyć się w stolicy Indii. Część slamsów zrównano z ziemią, a inne przeniesiono na obrzeża miasta. Ze względu na G20 mamy zaledwie 2 dni na opuszczenie Delhi. W innym przypadku jest szansa, że utkniemy tu na długie dni.
Mamy zapas czasu więc zwiedzamy zabytki jeżdżąc lokalnymi taksówkami i tuk-tukami. W stolicy Indii bawimy się przednie, jednak ciągnie nas w Himalaje.

Bagaż odzyskaliśmy ostatecznie 2 dni później, ale wystarczająco wcześnie aby zdążyć opuścić Delhi przed G20. W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że w Manali deszcze spowodowały liczne zerwania mostów, a powodzie i osuwające się skały zablokowały wiele dróg.
Nasza trasa może okazać się nieprzejezdna, a warunki na drodze są niebezpieczne.
Lecimy więc samolotem do Shrinagaru położonego w Kaszmirze. Na miejscu widzimy sporo wojska, gdyż jak się okazuje panuje tu forma wojny o niepodległość. Wyjazd turystyczny w te regiony nie jest rekomendowany, o czym oczywiście nie wiedzieliśmy.

W Shrinagarze, nieformalnej turystycznej stolicy Kaszmiru spędziliśmy kolejne 2 dni. Nocowaliśmy w houseboat, takie wielkie domy na wodzie dla turystów, gdzie mogliśmy się zrelaksować, zwiedzać pływające miasto, a przy okazji poszukać rowerów do wypożyczenia. Znaleźliśmy tylko jedną wypożyczalnię oferującą rowery, jednak sprzęt wydawał się być bardzo wątpliwym stanie.
Nie mając innego wyjścia, na własną rękę naprawiliśmy rowery doprowadzając je do stanu dostatecznego z plusem. W pobliskim sklepie właściciel wypożyczalni zakupił dla nas bagażniki rowerowe, klocki hamulcowe, linki i zapasowe dętki. Nie wierzył jednak, że dojedziemy na tych rowerach do Leh i jeszcze dalej, a ja również zaczynałem nabierać wątpliwości.
Kasków rowerowych nie było, ale zawsze mogliśmy użyć motocyklowych 🙂 Ten temat więc już odpuściliśmy.
Po około dwóch godzinach napraw i serwisu jesteśmy gotowi i spakowani na rowery. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie z właścicielem rowerów i w drogę.

Pozostaje pytanie czy nam się uda przejechać Himalaje?

Ze Shrinagaru do Leh – nasza rowerowa przygoda.

Dzień 1 – Nocleg pod namiotem na rzeką Sind
Powoli opuszczamy Shrinagar. Samochody mijają nas o włos, a co po niektóre jadą pod prąd. To tu normalka. Wszędzie przeciskają się tuk-tuki, straganiarze zachęcają do zakupu i tu i ówdzie przechadzają się krowy.

Mijamy szereg motocykli marki Royal Enfield.- zawsze marzyłem o wyprawie na nich.

Powoli ruch staje się mniejszy a naszym oczom ukazuje się widok na oświetlone zachodzącym słońcem Himalaje. Nadszedł czas na poszukiwanie dogodnego miejsca na nocleg. Drugi brzeg rzeki Sind i położony nad nią leśny zagajnik wydaje się być idealnym miejscem na rozłożenie namiotu. Rzekę musimy przekroczyć przeprowadzając rowery przez rozpadający się drewniany most, który chwieje się jak pijany. Tubylcy mówią nam, że z ciężkimi rowerami może być to ryzykowne.
Cali przeprawiamy się przez most, rozkładamy namioty oraz rozpalamy ognisko. Po chwili spotykamy tubylca, który informuje nas o częstych wizytach niedźwiedzi w tym miejscu. Ponoć uwielbiają one kukurydzę z pobliskiego pola i chętnie zaglądają do naszego zagajnika 🙁

Obozowisko jednak jest już rozstawione więc podejmujemy ryzyko mając nadzieję, że nie będziemy mieli okazji bliskiego spotkania z drapieżnikiem.

W nocy atakują nas jednak inne zwierzęta. To ogromne i grube ćmy. Te nocne grubasy wpadają na nasze twarze lub do ogniska piszcząc jak zarzynane koty. Dziwne przeżycie, jednak po czasie ataki wściekłych motyli ustają i robi się przyjemniej. Teraz odzywają się świerszcze i są tak głośne, że rozmawiając z Bartkiem musimy do siebie krzyczeć, co bardzo nas bawi. Śmiejemy się też z faktu, że jesteśmy w Indiach, spełniamy marzenia, mamy rowery i przejechaliśmy 60 km, co jest dla nas niezłym wyczynem, zwłaszcza, że wyruszyliśmy dość późno.

Dzień 2 – Wjeżdżamy w Himalaje
Noc przebiegła spokojnie. Na szczęście niedźwiedzie nas nie odwiedziły i nie skusiły się na nasze zapasy jedzenia. Rankiem próbuje złapać rybkę na śniadanie. Nie mam zbyt wiele szczęścia, jednak widok na dziką rzekę i wyłaniające się zza gór słońce jest wręcz magiczny i rekompensuje wszystko. WOW.

Z połowu wracam około 7:00. Jemy szybkie śniadanie, pijemy kawę, pakujemy się i już wkrótce jesteśmy na trasie. Jedziemy wąską drogą asfaltową prowadzącą przez lokalne wsie, a gdzieniegdzie wjeżdżamy w himalajskie lasy. Towarzyszą nam idące do szkoły dzieci ubrane w mundurki. Niektóre z nich patrzą na nas ze zdziwieniem, inne uśmiechają się i radośnie machają.
Jest tu sporo sklepów w których kupujemy wodę i napoje, a ja rozglądam się czapką z daszkiem, aby ochronić twarz przed palącym słońcem. Zapas piwka też mógłby się przydać, ale ze względu na wiarę muzułmańską jego zakup jest tu bardzo utrudniony. Robi się naprawdę gorąco mimo, że jest jeszcze dość wcześnie.

Po kilkunastu kilometrach jazdy przyjemną, wąską, ale dobrze utrzymaną trasą, wyjeżdżamy na drogę główną, na której na szczęście nie panuje tak duży ruch jak w dniu poprzednim. Kierujemy się w stronę miasta Kargil. Cały czas jedziemy pod górę więc jedzie się ciężko, ale widoki rekompensują trud wspinaczki.
Wszędzie przy drodze widnieją znaki i tablice z napisami w stylu: „After Whiskey Driving Risky”, „Climb the hardest, enjoy the best” czy „Drive like hell and you will be there”.

Mijamy górskie rzeki z pięknymi wodospadami, a wszechobecne góry i nieziemsko kolorowe ciężarówki nie pozwalają nam zapomnieć, że jesteśmy w Indiach. Panuje upał więc co kilka kilometrów staramy się schłodzić pod wodospadem lub w górskiej rzece. Właściwie można to nazwać morsowaniem, gdyż woda jest okropnie zimna. Moczymy też nasze koszulki, aby dłużej zachować orzeźwiającą temperaturę.

Droga, którą podążamy jest asfaltowa i całkiem dobrej jakości więc jedzie się bardzo dobrze, mimo że bez przerwy pod górę. Dojeżdżamy do miejscowości Sonamarg, ale miasteczko wydaje się nam zbyt komercyjne więc decydujemy się znaleźć nocleg na dziko, gdzieś nad rzeką poza miastem. Już po kilkunastu minutach znajdujemy przyjemne miejsce i rozbijamy namioty nad brzegiem rzeki. Przy butelce rumu i z wędką w ręce relaksujemy się nad wodą i z Bartkiem wymieniamy spostrzeżenia.

Z drugiej strony rzeki machają do nas tubylcy zapraszając do siebie. Najbliższy most jest daleko więc gestykulując dziękujemy im za zaproszenie i zostajemy przy ognisku delektując się z trudem zdobytym rumem.

Dzień 3 – Rowerzysta z Indii
Wyjeżdżamy ok 8:00 i już na początku trasy spotykamy lokalnego sakwiarza. Jest on rowerowym przewodnikiem, ale teraz jedzie dla zabawy do Kargil. Nie chciałem tego mówić, ale trochę zazdroszczę mu roweru. Mój jednak też o dziwo sprawuje się nie najgorzej. To, że piszczy, słabo hamuje i jest zwyczajnie niewygodny już mu dawno wybaczyłem.

Wraz z naszym nowym przyjacielem pijemy kawę rozmawiając o naszych doświadczeniach. Dość szybko jednak żegnamy się, gdyż wzywa nas nowa przygoda.
Dziś znów ciągły podjazd, ale widoki rozwalają system. Wyjeżdżamy na 3500 metrów n.p.m.

Naszą trasę przecina rzeka, która usunęła z drogi resztki asfaltu. Tu atrakcją jest lodowiec, przy którym zatrzymują się turyści z Indii. Robią sporo zdjęć i dotykają śniegu ciesząc się jak dzieci. Prawdopodobnie są to przyjezdni z południowych regionów kraju, więc śnieg i lód robi na nich duże wrażenie. Droga zamienia się w bruk a dalej w szutrową i wyboistą drogę. Jedziemy wolno a unoszący się spod kół ciężarówek pył drażni nozdrza. Zakrywamy twarz chustami i próbujemy przejechać ten trudny odcinek. Po kilku kilometrach trafiamy na piękną szosę, którą zjeżdżamy do Matayen, małego górskiego miasteczka.

Tu znajdujemy hotelik za 40 zł od łebka. Dość drogo jak na warunki, ale wydaje nam się, że ogólnie Kaszmir mocno winduje ceny. Czasem nawet ciężko tu cokolwiek utargować.

Na kolację jemy ryż z lokalnymi przyprawami i soczewicą. Tutaj warto wspomnieć, że problemy gastryczne w Indiach to praktycznie dla każdego turysty chleb powszedni. My również ich nie uniknęliśmy i właśnie tego dnia owe problemy pojawiły się i u nas. Lekko osłabieni, ale szczęśliwi z podróży przez Indie kładziemy się spać i o dziwo śpi mi się tu rewelacyjnie. Mam setki snów i wysypiam się jak nigdy wcześniej.

Dzień 4 – Czy to już Ladakh?
Rankiem jest chłodno, zaledwie kilka stopni. Z balkonu widzimy mnóstwo ciężarówek cywilnych i wojskowych jadących jedna za drugą. Jemy śniadanie, samossę i omlet z kawą. Wszystko smakuje wybornie, a całość kosztuje nas zaledwie 4 zł za osobę. To miła odmiana cenowa. Brzuchy dalej dają o sobie znać, ale powoli przyzwyczajamy się do dyskomfortu.

Po śniadaniu pakujemy się i ruszamy w świat ubrani w ciepłe bluzy bowiem słońce nie zdążyło jeszcze wyjść zza wysokich gór.

Trasa na mapie wygląda przyjemnie, nie ma wielkich podjazdów i dziś mamy więcej z góry niż pod górę, gdyż jedziemy w dół rzeki. Miła odmiana.

Już po około 30 minutach od startu robi się wręcz upalnie, ale jedzie się nam doskonale. Trasa jest spokojna, a nam towarzyszą cudowne widoki na góry i dziką rzekę.

Zaczyna się lekki ale bardzo długi zjazd więc gnamy przed siebie połykając kilometry. Tutaj mnóstwo ludzi pozdrawia nas gestami, słowami „hello”, uśmiechem i machając rękami. Wcześniej również mieliśmy tę przyjemność, ale w tym miejscu pozdrawia nas właściwie każdy. Zauważamy, że tutejsze budownictwo nieco się zmieniło. Jest czyściej, schludniej i ogólnie jakby przyjaźniej, a w ludziach widać więcej radości. Nie mówię tu, że Kaszmir był nieprzyjazny, ale tu gdzie dojechaliśmy jest jeszcze lepiej. Zauważamy też, że ceny w restauracjach są tu blisko dwukrotnie niższe. Może właśnie opuściliśmy Kaszmir? Czy to już Ladakh?
Prawdopodobnie właśnie przekroczyliśmy nieformalną granicę między tymi stanami, ale do oficjalnej granicy zostało jeszcze sporo kilometrów.
Na trasie spotykamy rowerowego podróżnika z Włoch, który zmierza do Pakistanu. Wymieniamy kilka słów, robimy fotkę i z uśmiechem na twarzy ruszamy w dalszą trasę. Pytam Bartka czy nie chciałby ruszyć za rok do Pakistanu? Bartek z wielkim bananem na ustach odpowiada – „namówiłeś” 🙂

Dziś jako cel obieramy miasto Kargil, do którego dojeżdżamy stosunkowo wcześnie i mamy czas na chwilę relaksu. Miasto nie zachwyca wieloma zabytkami, ale życie uliczne jest tu niezwykle ciekawe. Żołądki niestety dalej nam doskwierają więc przyjemność próbowania lokalnych street foodów jest znikoma. Bartek decyduje się na Mashroom Masala w lokalnej restauracji. Ja zadowalam się jednie szklanką coli. Zaraz po opuszczeniu restauracji jesteśmy zmuszeni pędem jechać do naszego hotelu. Bartek stwierdza, że Mushroom Masala nie była dobrym wyborem 🙂

Dzień 5 – zdobywamy 4000 metrów i śpimy u mnichów
Ranek jest ciepły, a pogoda cudowna. Wraz z Bartkiem dyskutujemy o kolejnym etapie naszej trasy. Wybór pada na drogę główną NH1 prowadzącą do Leh. Gospodarz hotelu poleca nam jednak inną trasę, tę biegnącą na północ od szosy NH1. Na mapie widzimy, że na drodze czeka nas ogrom serpentyn i przełęcz o wysokości 4000 metrów n.p.m. Nie jesteśmy pewni czy damy radę tam wyjechać, ale ostatecznie decydujemy się spróbować przekonani, że ruch samochodów na tej trasie będzie mocno ograniczony, a więc jazda na rowerze również przyjemniejsza.

Pijąc poranną kawę spotykamy starszą Azjatkę, która opowiada nam o swojej przygodzie w Indiach. Ona również część Himalajów przejechała na rowerze, ale teraz przemiesza się lokalnymi środkami transportu. Chciałbym tak mając 70 lat.

Zaczyna się podjazd, ale nie czuję się słaby i jedzie mi się bardzo przyjemnie. Bartek łapie się ciężarówki i otrzymuje kilka kilometrów podwózki, a Ja zostaję nieco z tyłu. Jedzie mi się tak dobrze, że zazdroszczę mu tylko trochę. Po chwili, na jednym z zakrętów, widzę Bartka czekającego na mnie z wielkim bananem na twarzy. 
Podczas odpoczynku mija nas bus szkolny. W środku i na dachu autobusu jadą dzieci śpiewając lokalne przeboje. Widok siedzących na dachu dzieci jest raczej w Europie niespotykany, ale tu to właściwie norma.
Zatrzymujemy się w w małej knajpce, gdzie pijemy lokalną herbatę z mlekiem. Śmiejemy się z robotników chowających się w zakamarkach knajpki, aby nie zostać przyłapanym na najprawdopodobniej nieplanowanej przerwie.

Ruch na trasie faktycznie jest znikomy więc jedzie się naprawdę przyjemnie. Zatrzymujemy się przy małej górskiej rzece, aby nabrać wodę. Tu zatrzymują się też wojskowi, aby również uzupełnić jej zapasy. W tym miejscu warto podkreślić, aby zawsze uważać na wodę płynącą z gór i dokładnie sprawdzać miejsce z którego ją czerpiemy, nie tylko tu w Indiach. Za to w Indiach polecam przyjrzeć się dokładnie wodzie butelkowanej, tak, tej kupowanej w sklepie czy restauracji. Często butelka jest recykligowana i użyta ponownie, a jaką wodą jest napełniona to już można się domyśleć. Patrzcie więc czy butelka zakręcona jest oryginalnie. To taka mała porada, aby zminimalizować ryzyko problemów gastrycznych, choć łatwo nie będzie. Życzę powodzenia.

Jedziemy dalej pod górę i od czasu do czasu umilamy sobie wspinaczkę łapiąc się przejeżdżających ciężarówek. Wiem, wiem, nie jest to godne zapalonych rowerzystów, ale frajdę mamy nieziemską. Bartek nie czuje się zbyt dobrze więc podwózka jest mu ogromnie na rękę.
Zatrzymujemy się przy kolejnej knajpie, przy której zostajemy zaproszeni na jajka na twardo i kawę. Jajka smakują wybornie, a zmęczenie potęguje nasz apetyt.

W połowie dnia wyjeżdżamy na 3200 metrów n.p.m. Bartek opada z sił i zostaje z tyłu. Po chwili jednak słyszę za sobą sapanie i Bartek wyprzedza mnie jakby wstąpiły w niego nowe siły. Mam małą zagwozdkę co spowodowało taką zmianę. Bartek podśpiewuje i krzyczy, że włączył sobie muzykę i teraz złapał pełną motywację do wspinaczki, a moc wróciła. Ta chwila euforii i powrotu siły trwa jednak tylko chwilę bo wysokość na jakiej jesteśmy sprawia, że oddycha się nieco trudniej. Mijam Bartka z szyderczym uśmiechem i znów samotnie wspinam się dalej. Widzę Bartka z góry serpentyny i robię mu fotkę, ale uświadamiam sobie, że ten coś do mnie krzyczy, więc na chwilę się zatrzymuję. Bartek z uśmiechem obwieszcza mi, że za kilka metrów osiągniemy wymarzone 4000 metrów i chciałby pstryknąć tutaj fotkę. Na takiej wysokości rowerem nas jeszcze nie było, więc dokładnie na 4000 metrów (według Garmina) gratulujemy sobie nawzajem, robimy zdjęcie i motywujemy się do zdobycia przełęczy.

Kolejne kilka kilometrów to dalsza jazda pod górę, ale przełęcz jest już na wyciągnięcie ręki czy rzut kamieniem. W końcu docieramy na przełęcz Hambuting La położoną na 4024 lub 4063 metrów, zależnie od źródła. Przełęcz ozdobiona jest flagami modlitewnymi, które znam z filmów o Tybecie czy Evereście. Jest to jedna z piękniejszych chwil w moim życiu. Radocha i satysfakcja jest przeogromna. Wraz z Bartkiem odpoczywamy i robimy pamiątkowe zdjęcia bo widoki zapierają dech w piersiach, mimo, że tereny to właściwie górska pustynia. Brak tu zieleni a nas otaczają góry, góry i jeszcze raz góry.

Po około godzinie spędzonej na Hambuting La ruszamy w głęboką dolinę i dziś czeka nas już tylko długi, bardzo długi zjazd. Krótki dzień sprawia, że decydujemy się jechać bez zbędnych przystanków, ale też nie chcielibyśmy przegapić widoków. Okazuje się, że zatrzymujemy się właściwie co chwilę, gdyż roztaczające się dookoła nas panoramy są rozwalające i jedne z najpiękniejszych jakie kiedykolwiek mogłem podziwiać.

Pogoda jest idealna. Teraz pędzimy z prędkością ponad 60 km na godzinę więc kilometry mijają bardzo szybko, a my cieszymy się pięknem przyrody i jazdą na rowerze.

Wkrótce ukazuje nam się zieleń lasu z kontrastującymi dookoła suchymi skałami, a przed nami rozpościerają się widoki niczym z bajki. Bartek mówi, że takich widoków się nie spodziewał i że gdziekolwiek nie spojrzy dzieje się magia. To prawda.

Mijamy buddyjskie świątynie i wiemy, że to może oznaczać jedno, możliwość zakupu i wypicia piwka. W regionach buddyjskich alkohol jest bowiem zdecydowanie łatwiej dostępny. No wiem, tu perły buddyjskiej kultury, a my myślimy tylko o piwku. Po tak ciężkim podjeździe zasłużyliśmy jednak na nagrodę zwłaszcza, że wcześniej ten trunek właściwie nie był dostępny. Wiecie jak to smakuje po tak długiej przerwie?

Zjeżdżamy magiczną trasą do miejscowości Batalik i wzdłuż rzeki jedziemy w kierunku wioski Darchik położonej na wysokości około 2700 metrów n.p.m.. Strome i skaliste zbocza uniemożliwiają nam znalezienie odpowiedniego miejsca na nocleg pod namiotem więc udajemy się do Darchik w poszukiwaniu możliwości noclegu. Wjazd do wioski pilnowany jest przez wojsko, ale na całej trasie mieliśmy zawsze pozytywne przygody z wojakami więc wymieniamy tylko uprzejme gesty. W Darchik trafiamy na guest house, w którym postanawiamy przenocować. Jest już wieczór więc szukanie innego rozwiązania nie jest nam po drodze, a miejsce wydaje się być naprawdę urokliwe. Nie spodziewałem się, że będzie tu aż tak przyjemnie i zarazem ciekawie.

Gospodarze częstują nas kolacją, sprzedają nam rum i butelkę wina, którą z radością otwieramy. Piwko nie jest dostępne, ale nie możemy narzekać. Gospodarze informują nas jednak, że jest to miejsce modlitwy dla lokalnych mnichów i przy ich obecności niewskazane jest spożywanie alkoholu. Opróżniamy więc jedną z butelek w naszym pokoju po czym zostajemy zaproszeni na ceremonię modlitewną. Tu zaczyna się niesamowita przygoda. Mnisi ubrani w tradycyjne stroje grają na przeróżnych instrumentach i śpiewają coś w rodzaju mantry. W trakcie ceremonii rozpalone zostają górskie zioła i cały pokój wypełnia dym. Robi mi się ciekawie i pytam z zainteresowaniem o rodzaj palonych ziół. Wiem, że nie jest to gandzia, ale mimo wszystko zioło daje lekkiego kopa. A może to po wypitej butelce rumu czuję się tak inaczej.

Po śpiewach mnisi rozmawiają a my wraz z nimi pijemy herbatę z mlekiem. Nie wiem dlaczego, ale jest ona koloru różowego. Smakuje ok.

Nigdy wcześniej nie widziałem takiej ceremonii. Dla nas było to rewelacyjne przeżycie, którego tego wieczoru sam sobie mogłem pozazdrościć.
Około 20:00 mnisi opuszczają guest house a my otrzymujemy zaproszenie na drugą kolację, na która gospodarze zapraszają również swoich przyjaciół. Teraz już wszyscy otwarcie możemy kosztować lokalny rum, który pija się tu z wodą. Jakież zdziwienie obnaża się na ich twarzach, kiedy pijemy rum bez dodatku wody. Po kilka głębszych zaczynają się śpiewy i tańce, w których czynnie biorę udział bawiąc się przy tym jak dziecko.

Wieczór spędzamy na tarasie dyskutując z Bartkiem o dzisiejszych przeżyciach. Niebo wypełnione jest gwiazdami, a szum rzeki i wdychane wcześniej zioła pomagają nam się totalnie wyluzować, choć luzu nam wcześniej nie brakowało. Teraz jest jednak jeszcze lepiej.

Dzień 6 – nocleg na farmie
Poranna kawka robi robotę. Jemy śniadanie, ponownie rozpalona zostaje czara z ziołem, a znajomi gospodarzy rozpoczynają koncert muzyczny. Bartek zaczyna tańczyć wraz w gospodarzem, a ja mam ubaw po pachy. Wydaje się, że zabawa trwa w nieskończoność, ale musimy się zbierać bo robi się już trochę późno, a dzień jest krótki.
Jest słonecznie i ciepło. Nasza trasa biegnie wzdłuż pięknej rwącej rzeki a nam jedzie się wręcz idealnie. Nie ma samochodów, a my jeszcze podekscytowani poprzednim dniem, mamy sporo energii w nogach. Dziś wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. Jeśli to kac to najlepszy w moim życiu. Bartek chłodzi się pod wodospadem i jest nam bardzo wesoło. A może działa na nas jeszcze potężna dawka mniszego zioła, którego się nawdychaliśmy?

W lokalnym sklepie jest możliwość kupienia piwa więc chętnie robimy przerwę delektując się nowym zapasem. Bartek pomaga starszym paniom w obieraniu szczawiu lub czegoś w rodzaju szpinaku górskiego, a ja filmuje jego poczynania.

Dziś mamy totalnie wyluzowany dzień. Trasa nie jest wymagająca, widoki wspaniałe, a my zwyczajnie cieszymy się każdym przejechanym kilometrem nie spiesząc się zbytnio.

Szybko jednak słońce zaczyna zmieniać kolory i chować się za góry. Kolory są magiczne, a my znów postanawiamy nacieszyć oczy pięknem widoków. Wspinamy się na pobliską skałę, aby podziwiać piękno barw i majestat gór. Myślimy też gdzie moglibyśmy zatrzymać się na nocleg, a pobliski zagajnik leśny może być strzałem w dziesiątkę.

Wkrótce, właśnie we wspomnianym zagajniku, znajdujemy organiczną farmę o nazwie Thangjuk. Gospodarz oferuje nam nocleg w prywatnym namiocie, w którym są dwa łóżka, lampka, stoliki itp. Bardzo nam się podoba możliwość spędzenia tu nocy, więc chętnie przystajemy na tę propozycję. Na kolację otrzymujemy gotowana kapustę prosto z hodowli podaną z curry i ryżem. Pychota.

Farma Thangjuk znana jest w Indiach ze swoich świeżych warzyw, które hodowane są w naturalny i tradycyjny sposób bez używania sztucznych nawozów. W pobliżu farmy odnajdujemy też naskalne piktogramy, które według informacji mają około 6000 lat.
W ten sposób kończymy kolejny piękny rowerowy dzień.

Dzień 7 – tuk-tukiem przez Indie
Śniadanie to znów kapusta z carry, ale potrawa wciąż smakuje wybornie. Zaraz po posiłku i kawie ruszamy przed siebie w kierunku Leh.

Dziś znów wspinamy się w górę. Wszędzie mijamy stare świątynie i stare kamienne, opuszczone domostwa. Po kilkunastu kilometrach nasza droga łączy się z główną drogą NH1. W tym miejscu jest mnóstwo wojskowych baz a nad nami latają helikoptery. Ruch się wzmaga i tu oficjalnie przekraczamy granicę Ladakh.
Granica to sznur przewieszony przez drogę, którą strażnik, po dokonaniu formalności, opuszcza za pomocą podwieszonej cegły.

Tu poznajemy Anglików, ojca z córką, którzy zakupili tuk-tuka, którego przemalowali na żółto i nazwali Buzzy Bee, a teraz przemierzają nim Indie. To było naprawdę przemiłe spotkanie i pokazało nam jak fajnie ludzie potrafią się bawić i spędzać czas z dziećmi.
Jadąc wzdłuż rzeki Indus docieramy do miasteczka Saspul. Tu po raz pierwszy mamy problem ze znalezieniem noclegu. Po przydługich poszukiwaniach udaje nam się w końcu znaleźć nocleg u przemiłego gospodarza, który częstuje nas jabłkami i kawą.
Wieczorem już bez sakw ruszamy do pobliskiego Alchi, w którym położony jest buddyjski i bardzo znany klasztor. Niestety jest już zbyt późno na zwiedzanie i pozostaje nam jedynie zobaczyć świątynie od zewnątrz. Stragany powoli się zamykają, ale widać, że w dzień panuje to mocno komercyjna atmosfera, za którą nie bardzo przepadamy.

Wracamy do Saspul, gdzie na kolację fundujemy sobie momo – tradycyjne pierogi podawane najczęściej z bardzo ostrym sosem chilli.

Dzień 8 – Docieramy do Leh
Brzuch Bartka dziś znów nie jest w najlepszym stanie, a trasa jest dość wymagająca. Jazda rowerem idzie bardzo ciężko, a przed nami pporo podjazdów. Robimy też częste postoje na posiadówkę w toalecie, które sprawiają, że kilometry mijają bardzo powoli. Widoki ciągle rozpieszczają, ale nie są już tak majestatyczne jak wcześniej, a wysokie szczyty jakby gdzieś się rozpłynęły. Powoli, dziś bardzo powoli wspinamy się i zjeżdżamy, to znów wyjeżdżamy i zjeżdżamy.

Planujemy postój i kąpiel w jeziorze o nazwie Ice Hockey Lake położonego kilka kilometrów od Leh. Niestety jezioro okazuje się tylko bajorem, w którym niekoniecznie chciałbym zanurzyć choćby stopy. Pobliska rzeka robi większe wrażenie, ale Leh jest już na tyle niedaleko, że postanawiamy jedynie usiąść na piwku i jechać dalej. Bartkowi ciągle jednak brakuje sił, ale mamy zaledwie 12 km do Leh więc z pewnością jakoś się tam dotoczymy.

Wkrótce w oddali naszym oczom ukazuje się Leh. Jedziemy wzdłuż lotniska wspinając się do centrum miasta, gdzie wyznaczyliśmy finał naszej wycieczki. Okazuje się, że ów podjazd nie ma końca, a Bartkowi brakuje sił.
W końcu jednak udaje nam się dojechać do celu. Nocujemy w wyjątkowo zadbanym, ale i stosunkowo tanim hotelu. Noc kosztuje nas tu 40 zł od osoby, ale warunki są iście europejskie. W końcu mamy też ciepłą wodę, o którą po drodze było naprawdę ciężko.

Wieczorem, spacerujemy po mieście, a grupa młodych ludzi zaprasza nas na jointa do swojego mikro-busa. Są to nepalscy artyści, którzy przyjechali tu do pracy oferując różnej formy arcydzieła. Po tym jakże wesołym spotkaniu, w pełni rozluźnieni, udajemy się na dworzec autobusowy i szukamy możliwości odesłania naszych rowerów do Shrinagaru. Nasz plan nie przewiduje bowiem powrotu do punktu rozpoczęcia wyprawy. Chcemy jechać autobusem do Manali. Niestety ze względu na jakość drogi złapanie autobusu jest niemożliwe i najprawdopodobniej będziemy musieli skorzystać z lokalnej taksówki 4×4, która nie należy do tanich. Udaje nam się na szczęście złapać autobus dla naszych rowerów, który równo za 2 dni zabierze nasze rowery.

To bowiem nie koniec naszej przygody. W planach mamy przecież jeszcze jeden wyjątkowo trudny dzień na rowerze, Khardung La 5359 metrów n.p.m. i zarazem jedna z najwyższych trasa możliwych do przejechania na rowerze.

Trasa ze Srinagaru do Leh to spełnienie mojego podróżniczego marzenia. Piękne widoki, niezwykła tradycja i kultura oraz spotkani po drodze ludzie sprawiały, że każdy dzień był wyjątkową przygodą. Po drodze odwiedziliśmy miejsca pełne lasów i strumieni, suche górskie pustynie, gdzie ciężko spotkać człowieka, a także bogate turystyczne resorty. Himalaje i Indie to wspaniałe miejsce, w którym zwyczajnie się zakochałem i mogę z całego serca je polecić na wyprawę rowerową dla bardziej zatwardziałych rowerzystów. Takiej przygody nie da się zapomnieć.

Jeśli chcesz przeczytać o trasie na Khardung La 5359 metrów to zapraszam do artykułu – tutaj.

Poniżej znajdziecie mały poradnik z kilkoma wskazówkami dotyczącymi przygotowania się do podróży rowerowej w ten region Indii. Dzięki, że jesteście i znaleźliście chwilę na przeczytanie moich wypocin.

Zapraszam do naszej Wypożyczalni Rowerów BikeTrip w Krakowie, a także na mój kanał youtube, grupę FB @CiekaweMiejscaNaRower oraz na naszego FB @BikeTripKrakow.

Pokorbionego Dnia i wielu niezwykłych wypraw rowerowych!

PARĘ WSKAZÓWEK

Mapa trasy rowerowej

Czy brać namiot?
Właściwie wszędzie znajdziecie miejsce do spania. Hotele, guesthousy czy namioty do wynajęcia dostępne są w większości miasteczek. Warto też pytać lokalsów o możliwość noclegu w ich domu.

My zabraliśmy namiot, aby na wszelki wypadek mieć schronienie. Czy kolejny raz zabrałbym namiot? Dam znać przy kolejnej wyprawie 🙂

Czy brać śpiwór?
Tak, zdecydowanie na tego typu niezorganizowany wyjazd zabierz śpiwór. Nawet jeśli będziecie spać w hotelu, gwarantuje Wam, że komfort spania w śpiworze jest znacznie wyższy niż w często brudnej i robaczywej pościeli.

Czy wyprawę do Leh lepiej jest rozpocząć ze Srinagaru czy z Manali?
Tu wszystko zależy od pory roku. W jesieni pogoda w Manali i okolicach może płatać figle. Droga może zostać również czasowo zamknięta ze względu na osuwiska i wylewające rzeki.

Na trasie ze Srinagaru nie mieliśmy złej pogody.

Trasa z Manali jest dużo trudniejsza, a nawierzchnia dróg pozostawia wiele do życzenia. Wspomnę, że z Leh do Manali, trochę ponad 400 km, autem 4×4 jechaliśmy ponad 15 godzin. Widokowo wydaje mi się, iż trasa z Manali będzie ciekawsza, jednak to co zobaczyliśmy na trasie ze Srinagaru to także istna magia.

Jak się przygotować do wyprawy rowerowej?
O tym co zabrać na wyprawę rowerową przeczytasz tutaj.

Czy zabrać ze sobą dużo jedzenia?
Na trasie ze Srinagaru wystarczy np. konserwa i trochę suszonych owoców, coś na wszelki wypadek, aby móc przetrwać jeden dzień. Znajdziesz tu sklepy i restauracje, ale są też dłuższe odcinki, na których nie znajdziesz nic.

Na trasę z Manali przygotowałbym się trochę lepiej zabierając potrójny zapas jedzenia.

Czy warto zabrać witaminy, izotoniki, inne?
Warto zabrać zestaw witamin i elektrolitów na każdy dzień oraz coś na problemy gastryczne.

Jak rozmawiać z ludźmi?
W Himalajach, jak i w całych Indiach da się załatwić praktycznie wszystko. Czasem jest to trudne, ale nigdy niemożliwe. Właściwie wszędzie warto się targować, wydaje mi się, że oni nawet to lubią. Wielu hindusów mówi po angielsku, ale z tym bywa różnie. Pozostaje wtedy język migowy, choć to nie lada wyzwanie. Uśmiechajcie się, zarówno na miejscu, jak i w całym Waszym życiu 🙂

Czy brać własne rowery?
Sądzę, że jeżeli macie w planach praktycznie dzień w dzień jeździć na rowerze przez długi czas, własny rower byłby świetnym rozwiązaniem.
My mieliśmy w planach, poza rowerami, również wyprawę motocyklową i może trekking górski więc rowery mogłyby się okazać ciężarem przy częstych zmianach miejsca.

W większych turystycznych miejscowościach z łatwością znajdziecie rowery godne zaufania. Shimla i Manali to odpowiednie miejsca, aby znaleźć coś sensownego.

Nasze rowery wróciły z Leh do Srinagaru busem, który zabrał je do bagażnika. Było to dla nas idealne rozwiązanie. Pozbyliśmy się balastu, który mógłby nam ciążyć podczas podróży taksówką do Manali i dalej do Delhi. W przypadku własnych rowerów przed lotem powrotnym nie obyłoby się bez szukania lub odnalezienia starych kartonów i odpowiedniego spakowania oraz zabezpieczenia rowerów.

Podsumowując. Jeśli zabierasz własny rower to wiesz czym jedziesz i masz rower dopasowany pod siebie. Problem pojawia się przy pakowaniu i rozpakowywaniu roweru przed i po locie lub jeśli rower nie pojawi się na lotnisku. Może też być balastem, kiedy masz w planach nie tylko podróż rowerową, ale częste przemieszczanie się na dłuższych dystansach. Tu pojawia się też dodatkowa opłata za każdy przejazd czy przelot.

Z kolei wypożyczając rower nie musisz się martwić o jego transport i pakowanie. Przyjeżdżasz na miejsce, wypożyczasz, opłacasz i ruszasz. Opłata za wypożyczenie zazwyczaj będzie tańsza niż bilet lotniczy za rower, ale to oczywiście zależy na jak długo wyjeżdżasz. W przypadku zmiany planów możesz jednak trafić do Srinagaru, gdzie ciężko znaleźć rower.

Tu warto przemyśleć wszystkie za i przeciw i dobrze zaplanować wycieczkę. Pamiętaj jednak, że w Indiach Twój plan może ulec zmianie bardzo szybko.

Dzięki wielkie i bądźcie zdrowi. Pokorbionego Dnia!

Leave a Reply