Gruzja była dla nas zagadką. Choć odwiedziliśmy na rowerach już różne kraje: Ukrainę, Bośnię, Serbię, Albanię, Czarnogórę i kilka innych, Gruzja była czymś zupełnie nowym. Ekipa to Iga, Robert i Ja. Wylot zbliżał się wielkimi krokami. Zaplanowany był z Warszawy na 7:40. Dlatego właśnie postanowiliśmy przyjechać do stolicy dzień wcześniej i przekimać się u znajomego. Noc była zakrapiana i nikt z nas nie wpadł na pomysł nastawienia budzika. Każdy chyba myślał, że zrobi to któreś z nas. Obudziłem się pierwszy i ze zdziwieniem stwierdziłem, że dzień już wstał. Popatrzyłem na zegarek, była 6:30. Byliśmy w proszku.
Robert na lotnisku miał jeszcze załatwić jakieś opłaty i złożyć rower.
Ja z Igą na szczęście wykupiliśmy specjalny bilet na rowery, dzięki któremu nie musieliśmy tego robić.

Szybko, wstawaj!
Szybko obudziłem ekipę. Zbieraliśmy się bardzo mozolnie, tak nam się wtedy wszystko dłużyło.
Około godziny 6:50 ruszyliśmy, błądziliśmy, pytaliśmy ludzi.
W końcu udało się dotrzeć na lotnisko. Pani w Check-in właśnie zamykała okienko i powiedziała, że raczej już nie damy rady, no chyba że spakujemy rower do 5 minut.
Po szybkiej akcji, nie 5, ale ok.10 minut, spakowaliśmy rower, ale kolega nie miał jeszcze opłat. Znów szybka akcja. My nadawaliśmy rowery, Robert robił opłaty. I tak w końcu przy wspólnym wysiłku udało nam się dostać na samolot. Uffff…
Jako, iż mieliśmy międzylądowanie w Rydze, do Gruzji dotarliśmy wieczorem.
I polecieliśmy, i wylądowaliśmy.
Było ciepło i wiał lekki wiaterek. Zapakowaliśmy rowery. Okazało się jednak, że kolega zgubił stery pakując w pośpiechu rower na lotnisku. Dorobiliśmy więc jakąś prowizorkę z nadzieją, że w Tbilisi – stolicy Gruzji znajdziemy sklep rowerowy. Na spoczynek „pod chmurką” udaliśmy się na okoliczny plac manewrowy.
Cieszyliśmy się zarazem, że po akcji w Warszawie, dotarliśmy do Gruzji.
Rankiem postanowiliśmy zwiedzać Tbilisi, wypić piwko i naprawić stery. Tu okazało się, że ciężko o sklep rowerowy i mapy, które chcieliśmy tu zakupić. W końcu znaleźliśmy warsztat samochodowy z nadzieją, że mechanicy pomogą. Wszyscy pracownicy przerwali robotę i zaczął się żmudny proces naprawy, dorabianie elementów itp. Niestety po około godzinie nie udało się dopasować części. W pomoc zaangażował się też klient serwisu. On znał w Tblisi jeden sklep rowerowy i zaoferował, że zawiezie tam kolegę wraz z rowerem. Po kolejnej godzinie wrócili. Kolega z bananem na ustach więc wiem, że się udało. Właściciel warsztatu zaproponował też mapę, na której jednak widniał symbol ZSRR. Może stara, ale zawsze lepsza niż nic.
Chcieliśmy zapłacić ale tu nikt nie chciał od nas ani lara (gruzińskiej złotówki). Podziękowaliśmy i ruszyliśmy nad Tbilisi na nocleg pod namiotem. Było to spore jezioro z czystą wodą. Dookoła jednak było mnóstwo śmieci i krowich placków. Jak to drugie mi nie bardzo przeszkadzało, tak śmieci nie trawię. Wykąpaliśmy się i delektując się gruzińskimi browarami poszliśmy spać. Kolejnego dnia ruszyliśmy poza Tbilisi. Po drodze znaleźliśmy małego, zaniedbanego szczeniaczka, którego wieźliśmy później przez dwie godziny szukając mu nowego domu. Na przedmieściach Tbilisi zainteresowali się nim ludzie, więc zostawiliśmy im go, mając nadzieję, że dobrze trafił. Iga już zdołała się z nim zżyć 🙂
Popołudniu trafiliśmy nad inne, tym razem małe jeziorko. Nocleg w tym miejscu był naprawdę godny. Łowiliśmy ryby, piliśmy browarki i opowiadaliśmy sobie historie.
Kachetyjskie wino czy browar?
Następnego dnia obiecaliśmy sobie obiad w knajpie. Około 20 km od nas znajdowało się, jak wynikało z mapy, większe miasteczko. Z zapałem ruszyliśmy przed siebie. Tu zaczęły się stromę i wyczerpujące podjazdy, ale zbliżający się obiad mocno nas motywował. W końcu dotarliśmy do miasteczka. Jedziemy i jedziemy, a tu nic. Owszem miasteczko spore, ale żadnej knajpy nie ma. Na ulicy siedzi jedynie starsza pani sprzedająca jabłka. No trudno, zjedliśmy na obiad jabłka. Pani nie chciała od nas pieniędzy. Znów gościnność Gruzinów zrobiła na nas wrażenie, a to dopiero był początek.
Naszym celem było Telavi, historyczna miejscowość, stolica regionu Kachetia słynąca z wyśmienitych win i przecudnych widoków. Tu wynajęliśmy pokoje u cudownych gospodarzy, którzy raczyli nas niesamowitymi śniadaniami oraz pysznym „damasznym” winem.
Kolejne dni to podróż wzdłuż Kaukazu do dawnej drogi wojennej. Przeprawa była ciężka ze względu na słaby stan dróg, ale widoki zrekompensowały wszystko. Pewnego dnia usiedliśmy na ławce w maleńkiej wiosce. Był tam mały kiosk. Zapytaliśmy o możliwość zakupienia piwka, ale w tej wiosce nie było na to szans. Przyszła do nas babcia, która dała nam śliwki i arbuza. W pewnym momencie podjechała do nas łada i wysiadł z niej miły pan niosąc 3 piwa. Strasznie byliśmy zdziwieni. Okazało się, że usłyszał on jak pytamy w kiosku o piwo i pojechał 15 km do innej wioski zakupić je dla nas. Gościnność Gruzinów ponownie nas zaskoczyła. Później zatrzymał nas inny facet jadący samochodem. Nie wiedziałem o co chodzi, ale on otworzył bagażnik i dał nam melony. Wow, to jest niesamowity kraj, powiedziałem.
Gruzińska droga wojenna
Po kilku dniach dojechaliśmy na drogę wojenną. Po drodze spotkaliśmy wielu fantastycznych ludzi, podziwialiśmy niezwykłe widoki, kosztowaliśmy pysznych potraw, a nawet zbieraliśmy grzyby i przyrządzaliśmy z nich pyszne posiłki.
Droga wojenna to trasa prowadząca z Tblisi do Kazbegi i dalej do granicy z Rosją, aż do Władykaukazu. Na trasie tej pełno jest pomników przyrody oraz zabytków architektury. Naszym celem była miejscowość Kazbegi. Jest to kurort i miejsce wypadowe na górę Kazbeg 5047 m n.p.m.
Na drodze wojennej ruch znacznie się zwiększył. Ja poczułem się też trochę słabiej. Zatrułem się mrożonymi klopsami, które zjadłem poprzedniego dnia na kolację. W ten dzień przejechałem może 40 kilometrów. Rozbiliśmy namiot w pobliżu monastyru w Annanuri, położonego nad pięknym jeziorem. Tu nabierałem sił. Kolejny dzień był dniem odpoczynku, zwłaszcza dla mnie.
Robert poszedł do sklepu zrobić zakupy. Nie wracał aż 3 godziny, więc zaczęliśmy z Igą się martwić. Ten jednak w końcu wrócił, nawalony jak działo. Okazało się, że zagadał się z właścicielami sklepu i Ci poczęstowali go czaczą, mocnym gruzińskim alkoholem. Robert położył się w namiocie i szybko zasnął, a ja czując się już znacznie lepiej, rozpaliłem ognisko, przy którym spędziliśmy wieczór z Igą. Drewno na ognisko podrzucił nam mieszkaniec wioski 🙂 Ach ta gościnność.
Kolejne 2 dni to rowerowa wspinaczka obfitująca w niesamowite widoki. Wysokość dawała się we znaki ze względu na temperatury w nocy, które oscylowały w granicach zera. Dni na szczęście były wręcz upalne. W Kazbegi zrobiliśmy sobie dzień na trekking i wyszliśmy pod lodowiec prowadzący na górę Kazbeg.
Naszym kolejnym celem był powrót drogą wojenną do Mcchety, dawnej stolicy Gruzji i dalej pociągiem do Batumi, nadmorskiego kurortu. Droga powrotna, mimo że cały czas z górki, zajęła nam 2 dni. Po drodze zaproszono nas bowiem na suprę, lokalną biesiadę prowadzoną przez tamadę. Tamadą można określić wodzireja, przewodnika stołu, który zawsze wznosi toast i opowiada ciekawe historię. Z uczty wyjechaliśmy późno w nocy i mocno wstawieni. Nie dało się inaczej. Na nocleg obraliśmy znów ukochane już Annanuri. W końcu dotarliśmy na dworzec kolejowy. Tu na perony bagaże pomagali nam wnieść policjanci, bo po co mamy się sami męczyć 🙂
Koleją na Wschodzie
Pociąg okazał się przeludniony, ludzie wystawali z drzwi a my chcieliśmy jeszcze wpakować 3 rowery i bagaże. Kolejny pociąg mieliśmy za 3 godziny. Kiedy zrezygnowany machnąłem ręką, usłyszałem „dawaj, dawaj” i ludzie wyciągnęli ręce aby nam pomóc wnieść rowery. Nie wierzyłem w to, ale jakoś nasze rowery znalazły się w pociągu, choć do końca nie wiedziałem, gdzie ich szukać. W pociągu ludzie rozmawiali z nami i pytali o nasze życie i Polskę. W pewnym momencie zobaczyłem, że w naszym kierunku przeciska się jakaś pani. Byłem pewien, że to Pani konduktor, ale on podeszła do nas i otworzyła dłonie, w których znajdowały się czekoladki. Wzięliśmy po jednej, ale ona dała nam wszystkie. Podziękowaliśmy, a ona z uśmiechem oddaliła się. Byliśmy ponownie zdumieni tym co się dzieje. Nie wyobrażam sobie podobnych sytuacji w naszym kraju, choć na wschodzie Polski jeszcze coś takiego może się zdarzyć.
Rankiem dotarliśmy do Batumi, które nas niestety rozczarowało. Dla ludzi ceniących sobie hotelowe plaże, wykwintne restauracje itp. jest tu ok. Choć niektóre zakątki były naprawdę urokliwe, to jednak nie było to miasto dla nas. Noc spędziliśmy na plaży niedaleko granicy z Turcją. Kolejnego dnia chcieliśmy przejechać się do Turcji na prawdziwego kebaba. Wjechaliśmy na strefę między-graniczną dowiedzieć się o ceny wiz. Te jednak okazały się stosunkowo za drogie jak na przejazd tylko na posiłek. Postanowiliśmy więc wrócić do Gruzji. Tu jednak okazało się, że w paszportach mamy pieczątki wyjazdowe z Gruzji ale nie mamy pieczątek tureckich i musimy je mieć 🙂 No i co tu zrobić? Po ok. 45 minutach krzątaniny celnik gruziński jednak machnął ręką i wpuścił nas z powrotem.
W drodze powrotnej zapisaliśmy się na nurkowanie. Nie ma tu jednak o czym pisać, gdyż pod wodą szału nie było. Później była noc w namiotach w ogrodzie botanicznym w okolicach Batumi. Nocleg okazał się bajeczny. Palmy, bambusy, śpiew ptaków i szum morza to coś na co czekaliśmy.
Później pociągiem wróciliśmy do Tblisi i poszliśmy na banie – termalne łaźnie. Za niewielkie pieniądze dostaliśmy prywatny pokój z basenem, w którym się wygrzaliśmy, choć i tak na zewnątrz było upalnie.
Wieczorem, wracając na lotnisko, zaproszeni zostaliśmy na imprezę urodzinową, na której tańczyliśmy i piliśmy lokalne trunki. Tu znów gruzińska gościnność pokazała swoje najlepsze oblicze.
Tylko wracać. Wielokrotnie.
Gruzja to dla mnie jedno z najwspanialszych miejsc jakie odwiedziłem. Pełno tu kontrastów, wspaniałej architektury, niezwykłej przyrody i cudownych widoków, a ludzie jakże gościnni. W trakcie naszej wycieczki pomogli nam wielokrotnie. Ich uprzejmość nie zna granic, zwłaszcza w miejscach, do których nie dotarła jeszcze komercja i powszechna turystyka.
Więcej przygód i podsumowań na naszym blogu i profilu facebookowym czy Instagramie. Bądźcie z BikeTrip, my to równie gościnna banda. 😉
Przemo Zieliński















