Skip to main content

Od kilku lat chodziła za nami myśl aby wybrać się Elbrus. Rok w rok jednak wybór padał na inne miejsca. Tym razem stworzyliśmy sobie jednak z Igą roczny plan. Było w nim również zawarte zdobycie Elbrusa. Powoli nasza podróż nabiera rumieńców, kupiliśmy bilety lotnicze do Gruzji (sporo taniej niż bezpośrednio do Rosji), złożyliśmy wnioski wizowe, rozpoczęliśmy przygotowania.

Początki

W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Ruszamy! Najpierw jedziemy autem do Malborka zawieźć naszą córę do teściów, potem pociągiem do Warszawy. W końcu nadchodzi czas wylotu do Kutaisi. (Tu proponuję kupować bilety do Tibilisi. My nie znaleźliśmy taniego przelotu). Po noclegu w Kutaisi, udajemy się do Tbilisi „marszrutką” (lokalny tani bus). Tam na dworcu pytamy o bezpośrednie połączenie z Władykaukazem, ale jak się okazuje Gruzini nie mają wstępu do Rosji. Oczywiście zaradność ludzi nie ma granic i takie transporty są uskuteczniane, jednak koszty są potężne. Postanawiamy więc udać się „marszrutką” do Kazbegi, przygranicznego kurortu, miejsca wypadowego na górę Kazbeg 5033 m n.p.m. ​

Kazbegi

Ceny marszrutek wahają się w między 25 zł a 80 zł / os.
Wybieramy oczywiście tę najtańszą. W czasie drogi pijemy browarki i podziwiamy widoki, znane nam z wcześniejszej podróży rowerowej po Gruzji. W marszrutce zapoznajemy się z dwoma młodymi Rosjankami, które podróżowały po Gruzji.
Mamy w planach nocleg na kwaterze, gdyż mocno teraz leje. Poznana Anna wraz koleżanką szukają miejsca na namiot. Proponujemy im jednak nocleg za friko w drugim pokoju naszej kwatery. Po namyśle, chętnie, ale nieśmiele dziewczyny korzystają z propozycji.
Wieczorem gospodarze urządzają nam przepyszną kolację i częstują czaczą – lokalnym alkoholem. Po wypiciu pierwszej bani, kolejne pijemy tylko ja i gospodarz. Dla Igi i reszty kobiet trochę za mocne 🙂

Ku Rosji

Rankiem wyjeżdżamy wcześnie rano. Żegnamy się z dziewczynami, które tego dnia chcą jeszcze popołudnie spędzić w Gruzji. Do granicy z Rosją podwozi nas gospodarz. Idziemy na granicę. Celnik gruziński przepuszcza nas i kieruje nas w stronę granicy z Rosją, której jednak nie widzimy. Idziemy więc dalej szosą. Ciążą nam duże plecaki ale granicy jak nie było tak nie ma. W końcu zawraca nas straż graniczna i informuje nas, że „pieszkom niet, tolko aftomobil”. Mówię, że u nas niet aftomobila i że bardzo chcemy przejść do granicy. Ale nie da rady. Łapiemy więc stopa.

Zabiera nas azerski autokar wiozący ludzi do pracy w Rosji. Cieszymy się, że przewiezie nas do granicy z Rosją, która jest oddalona o jakieś 7 kilometrów. Dobrze, że nie musimy drałować z buta. Droga zabiera nam blisko 45 minut. A to ktoś nas zatrzymuje, a to coś muszą zjeść, a to ktoś wrzuca tu jakąś przesyłkę 🙂 Na granicy z Rosją następuje kontrola paszportowa. Jeden z Azerów nie zostaje wpuszczony, ze względu na jakieś zawiłości w przeszłości, które Rosja pamięta bardzo długo. Do kontroli wraz z Igą podchodzimy jako ostatni. W ręku mamy jakieś karteczki, które kazał nam wypełnić kierowca, niezbędne do przekroczenia granicy.

Z karteczkami w dłoni, w miarę pewni wiz i paszportów (choć tu nic nie jest pewne) z uśmiechem na ustach mówimy „zdrastwuj”. Pani z okienka z całkiem przyjemną miną patrzy na nas i pyta po co jedziemy do Rosji i dodaje pytająco „alpinisty?”. My, że tak, że idziemy na Elbrus. Ona pyta czy pierwszy raz w Rosji i my znów, że tak. Ona na to, że trzeba nas przesłuchać i to potrwa. Trochę przestraszeni pytamy co z naszymi plecakami, które zostały z autokarze. Pani mówi, że nie ma pojęcia i prowadzi nas na przesłuchanie. Budynek, w którym ma się ono odbyć, mocno pachnie komuną. Widzimy kilku oczekujących, niektórych mocno podenerwowanych, co i nam się udziela. Na szczęście pomaga nam Rosjanka, która również jedzie naszym autokarem. Umożliwia nam to szybsze przesłuchanie.

Wchodzimy do pokoju. Za starym biurkiem siedzi celnik. My stajemy na przeciwko niego i opieramy się o coś w rodzaju ławki szkolnej. Chwila ciszy. W końcu pyta, z Polszy? Z Polszy odpowiadamy. A po co jedziecie? My odpowiadamy, że na Elbrus. On na to, że to bezsensu, po co chodzić jak można leżeć. No w sumie tak, ale to nie dla nas tak leżeć, odpowiedzieliśmy. Popatrzył na nas z wyrazem twarzy jakby chciał powiedzieć „oj durnie, wy durnie”. Teraz następuję jego monolog. Mówi o Polakach, z którymi pił na imprezie. Rosjan ponoć nikt nie pokona w piciu, mówi…i za chwilę dodaje…no poza Polakami. Tu wybuchamy śmiechem, on oddaje nam paszporty.

Granica za nami

Lecimy do autokaru, który mamy nadzieję jeszcze na nas czeka. Strata plecaków z całym ekwipunkiem byłaby dla nas końcem wyprawy. Na szczęście Azerowie czekają. Przepraszamy ich, ale oni z uśmiechem częstują nas chlebem i owocami i mówią, że przywykli do takich sytuacji.
Z ulgą siadamy w wygodnych fotelach i przejeżdżamy granicę. Dowiadujemy się, że autokar jedzie w okolicę Naliczika, naszego następnego celu, a kierowca oferuje, że może nas tam podwieźć za drobną opłatą. Dla nas jest to naprawę super rozwiązanie więc oczywiście przyjmujemy ofertę. W pewnym momencie kierowca otrzymuję od swojego kolegi plik zwiniętych rubli. Ten chowa je w klapę kieszeni i po ok. 2 minutach zatrzymuje nas policja. Co za przypadek 🙂 W ruch idzie ów pliczek i po sprawie.

Ten autokar chyba zna już tę trasę doskonale. Jedziemy dalej.

Po drodze słuchamy muzyki, oglądamy rosyjskie krajobrazy i życie Rosjan i cieszymy się, że granica już za nami. Sielanka nie trwa jednak długo. Zatrzymujemy się bowiem na granicy z Osetią. Inne mundury, inne rejestracje i inny świat. Przechodzimy przez bramkę magnetyczną. I tym razem, ale już bez Igi, zaproszony zostaję do pokoiku. Tu znajduje się jeden stary stół i lampa biurkowa a za nim celnik z kałachem. Widok trochę straszny. Każe mi on wysypać wszystko z podręcznego plecaka. Ja mam nadzieję, iż nie zabierze mi on kamery i aparatu. Pokazując na zapasową baterię celnik pyta, co to? Ja odpowiadam, że to bateria, a on mi na to, że tylko był ciekawy. Otwiera mi drzwi, dziękuje i życzy miłej podróży. Ufff, tu było całkiem szybko. Tak czy siak autokar ma kontrolę więc mamy ok. godziny przerwy.

W końcu jedziemy dalej i po jakimś czasie dojeżdżamy w okolicę Nalczika, gdzie rozstajemy się z sympatycznymi Azerami. Odjeżdżając trąbią i machają nam na pożegnanie.

Nalczik przed nami
Do Nalczika mamy jakieś 6 kilometrów i decydujemy się iść wzdłuż drogi piechotą. Wystawiam jednak rękę i trzeci z kolei samochód zatrzymuje sie i zabiera nas do miasta. W samochodzie siedzi para przemiłych ludzi, którzy dają nam wiele wskazówek. Naszym celem jest Polana Azau, punkt wypadowy na Elbrus. Kierowca informuje nas jednak, że o tej porze marszrutki do Azau niet.

Zmęczeni, ale pełni optymizmu decydujemy się jednak zajrzeć na dworzec. Tu żegnamy się z nowymi przyjaciółmi i szukamy transportu. Faktycznie marszrutek nie ma, ale zaczepia nas młody Rosjanin i oferuje taxi, haroszyje taxi mówi. Po wytargowaniu ceny prowadzi nas do rozlatującego się audi. Auto z trudem odpala, w dodatku na kabelki, światła tak samo. Ja czuje się w końcu jak w prawdziwej Rosji. Jedziemy i jedziemy, leci dziwna muzyka i trochę łamanym rosyjskim rozmawiamy z kierowcą, który po drodze zabiera nas do mineralnych źródeł. Nabieramy kilka butelek mocno, naprawdę mocno mineralnej wody. Pije i pije, a kierowca na to, że to dobra woda, ale w małych ilościach. Później nie będzie Elbrusa, ale toaleta 🙂 Daje mi to do myślenia. W końcu dojeżdżamy, meldujemy się w hoteliku i idziemy na kolację.

Azau wygląda inaczej niż wioski mijane po drodze. Jest to kurort z kilkoma hotelami, wyciągiem gondolowym i restauracjami. Pijemy tu kilka piwek i idziemy spać.

Elbrus – Dzień 1.
Rankiem idziemy z buta do nieodległej miejscowości Terskol dowiedzieć się o sprawach formalnych związanych z wejściem na Elbrus. Na czas całego pobytu musimy mieć meldunek (najlepiej załatwić to na poczcie, tam Pani zrobi wszystko za nas) oraz zgłosić nasze wyjście w lokalnym pogotowiu górskim. No i załatwione. Idziemy na piwo. Dalej udajemy się do obserwatorium położonego na wysokości 3091 m n.p.m. Traktujemy to jako wyjście aklimatyzacyjne. Roztaczają się tu piękne widoki i tu po raz pierwszy widzimy Elbrus.
Wieczorem wracamy do bazy i piwkujemy.

Elbrus – Dzień 2.
Budzimy się około 5 rano i decydujemy się wyruszyć na Elbrus. Zostawiamy nadmiar bagażu w hoteliku i ruszamy. Okazuje się, że większość ludzi wyjeżdża na 3700 metrów kolejką. My jednak ruszamy z samego dołu. Idziemy wzdłuż wyciągu. Ewidentnie widać tu, że Elbrus to wulkan. Wszędzie pełno magmowych skał i widoki trochę księżycowe. Idziemy dalej i odpoczywamy, idziemy itd. W końcu docieramy na wysokość ok. 3500 metrów, gdzie znajduje się przystanek kolejki gondolowej, stacja Mir. Ciężko oddychamy. Kładziemy się na wielkim drewnianym leżaku i sączymy piwko. Oddech ciągle jest ciężki ale decydujemy się dojść dziś do przystanku Beczki – 3700 metrów. Beczki to zwykłe cysterny przerobione na pokoje noclegowe. Ze względu na dość wysoką cenę noclegu rozbijamy namiot. Miejsce to nie jest ostoją ciszy i spokoju. Dużo tu skuterów, ratraków i ogólnie panuje tu wielki bałagan. Śmierdzi spalinami i ogólnie syf. Staram się jednak zapomnieć o tej beznadziei człowieka patrząc na góry. Tu właśnie wszystkim polecam wyście na Elbrus szlakiem z Terskola. Trasa jest bardziej wymagająca ale i przyjemniejsza.

W „Beczkach” poznajemy przemiłego Nepalczyka, który zdobył już Elbrus 2 razy. Był też na szczytach 7000 m w Himalajach. Przewiduje on że pogoda utrzyma się jeszcze 2, maksymalnie 3 dni. Patrzymy na siebie z Igą i troszkę martwi nas tak ograniczony czas. Popołudniu udajemy się na wyjście aklimatyzacyjne kilkaset metrów wyżej i znów wracamy do namiotu. Nabieramy wodę z topniejącego śniegu aby mieć w nocy co pić. Ciężko mi się śpi, ale jestem szczęśliwy. Iga chyba też nie narzeka 🙂

Elbrus – Dzień 3.
Dziś planujemy dojść przez Priut 4050 m bliżej Skał Pastuchova (4800 m.) Skały Pastuchova wyglądają jak cyfra 7 wystająca z ziemi. Skały te wyraźnie odcinają się na tle śniegu. W pięknych okolicznościach przyrody docieramy do wysokości ok. 4500 m. Jeden z Rosjan mówi nam, że jutro atakują szczyt, bo pogoda się łamie. Rozbijamy namiot i chowamy się przed promieniami słońca. Myślimy z Igą wyruszenia na szczyt tej nocy ze względu na psującą się pogodę. Oddychamy z trudem, a każdy krok tutaj to ciężka praca, ale decydujemy się spróbować.
Nie mogę spać, Iga też nie bardzo. Nie wiem czy to ekscytacja, czy wysokość, a może jedno i drugie.

Elbrus – Dzień 4. Atak na szczyt
Jest północ. Sypie śnieg i jest strasznie zimno. Robię śniadanie. Namiot pozostawiamy tak jak stoi i pakujemy do plecaków jedynie niezbędne rzeczy. Około 12:30 trochę się przejaśnia, jest zimno i mocno wieje. W dali widzimy światła czołówek. Dużo ludzi atakuje szczyt.
Ruszamy więc. W dalszym ciągu jest bardzo zimno i wietrznie. Idzie nam świetnie, jednak Iga zaczyna marudzić na zmarznięte palce u stóp. Ogrzewam jej stopy i ręce. Trwa to trochę i również się wyziębiam. W końcu ruszamy dalej. Znów idzie świetnie. Odczekujemy chwilę przy zasypanym, starym ratraku chroniąc się przed wiatrem. Idziemy dalej. Zaczyna robić się jasno ale do wschodu słońca jednak daleko. Iga narzeka na place u stóp, ale mówi, że jeszcze da radę. Na śniegu widzę sporo wymiocin, kilkadziesiąt metrów wyżej natomiast odpoczywających ludzi.

Wychodzimy tam i widzimy jednego z uczestników komercyjnej wyprawy w nie najlepszej kondycji. To on zostawił ślady na śniegu. W tym momencie jednak Iga mówi, mi że sama musi zwymiotować i tak też się dzieje. Jesteśmy na wysokości ok . 5300 metrów i tu postanawiamy zakończyć nasz atak na szczyt. Widzimy też innych rezygnujących. Poddajemy się. Schodzimy w dół. Iga odzyskuje trochę energii i jest już cieplej.

Iga namawia mnie abym spróbował sam zdobyć szczyt. Nie jestem pewien co robić, ale ostatecznie widząc, że Iga czuje się już dobrze postanawiam ruszyć na podbój Elbrusa. Żegnamy się i każdy idzie w swoim kierunku.

Idę 5 kroków i odpoczywam, znów 5 kroków i odpoczywam. Mimo to wyprzedzam większość komercyjnych uczestników. Idzie mi naprawdę dobrze. Robi się upalnie a niebo robi się pięknie błękitne. Otaczają mnie góry i śnieg. Jest cudownie. Myślę o Idze i o tym czy dam radę. Widzę szczyt. Jest jednocześnie tak blisko i tak daleko. Po drodze mijam człowieka zombie. Człowiek ten wygląda strasznie, ciężko oddycha i z trudem się porusza, zagaduje i słyszę słaby głos, ale nic nie rozumiem. Człowiek zombie idzie krok, 2 minuty odpoczynku i dalej krok. Mozolna, ciężka walka. Idę dalej i robię w końcu ten ostatni krok. Jestem na szczycie, udało się. Przybijam piątkę z jednym ze zdobywców, który robi mi też pamiątkową fotkę. Rozkoszuje się widokiem zaledwie 10 minut. Spieszę się jednak do Igi. Nie mamy bowiem kontaktu ze sobą bo mój telefon zamarzł i się rozładował.

Szybko schodzę na siodło Elbrusa znajdujące się pomiędzy dwoma wierzchołkami szczytu. Dalej szybko do zasypanego ratraku. Elbrus, już jest cały w chmurach. Widzę zawracających ludzi. W końcu siadam zjeżdżam na tyłku ile się da. Jestem zmęczony, ale i szczęśliwy. Widzę już namiot i idę coraz szybciej. W końcu widzę machającą i uśmiechniętą Igę. Całusek i kładę się na karimacie, odpoczywam. Oddycham głęboko około godziny po czym mój oddech się uspokaja i wracam do ładu. Dalej jednak jestem okropnie zmęczony. Dużo piję, gdyż chyba się odwodniłem. Ostatecznie decydujemy, że jeszcze dziś schodzimy na 3700 i zjeżdżamy kolejką do Azau. Jest godzina 16:00 kiedy ruszamy w dół. Jest upalnie, śnieg się topi tworząc małe rzeczki z bystrym nurtem. W nocy wszystko to zamieni się w lód tworząc niezwykłe formy. Gondole nie działają więc docieramy poniżej stacji „Beczki” do wyciągu krzesełkowego, który wygląda jakby miał ze 100 lat 🙂 Lubię to! Zjeżdżamy do stacji Mir a później starą kolejką gondolową do samego Azau. Tu załatwiamy kwaterę i idziemy na piwo.

Żegnaj Rossijo, jakże słodko było…

​W Azau spędzamy jeszcze jeden dzień i ruszamy do Gruzji. Po drodze mamy znów trochę przygód, ale rozpisałem się już za dużo. To koniec naszej wyprawy na Elbrus. Choć nie do końca wszystko poszło po naszej myśli, to jednak była to dla nas wspaniała przygoda. Najważniejsze, że wróciliśmy zdrowi i pełni wspomnień, a także planów na przyszłe wyprawy.

O naszych wyprawowych przygodach czytajcie jeszcze nieraz na blogu. Będzie też na bieżąco na FB, Insta i YouTubie.

Zostańcie z nami.