Skip to main content

Rumunia to niezwykły kraj, pełen kontrastów, wspaniałych ludzi i dzikiej przyrody. Jest to zarazem raj dla rowerzystów. Choć próżno tu szukać kilometrów ścieżek rowerowych, to jednak nie trudno tu znaleźć spokojne, ciche uliczki, którymi podróż będzie jedną wielką sielanką.

Z Krakowa Adamo, Luk i ja ruszamy wczesnym rankiem. Naszym celem jest miasteczko Sybin. Z powodu awarii samochodu, docieramy na miejsce dopiero kolejnego dnia. Noc spędzamy pod namiotem w jednej z dolin przepięknego Parku Apuseni. W Sybinie rozpakowujemy się i ruszamy wiejskimi dróżkami do miejscowości Cartisoara.

Pierwsze lasy Fogaraszy

Tu znajdujemy piękne miejsce na rozbicie namiotu. Widok na góry, las i górska rzeczka. Niestety okazuje się, że zamiast pięknej trawy jest tu pełno śmieci. Szybkie sprzątanie i jakoś ujdzie. Rozpalamy ognisko, pieczemy kiełbachy i pijemy bronki, które dziś wchodzą mi wyśmienicie. Rankiem przy pięknej pogodzie pakujemy graty i ruszamy przed siebie na Trasę Transfogaraską. Jest to droga wybudowana przez Nicolae Ceaucescu, prawdopodobnie jako manifestacja myśli technicznej Rumuni. Początkowo ta szutrowa droga miała służyć do celów militarnych i przemysłowych. Obecnie stanowi jedną z większych atrakcji kraju z przełęczą na wysokości 2034 m n.p.m.

Początkowo trasa biegnie przez karpackie lasy. Jest gorąco, ok. 28 stopni. Pełno tu jednak zimnych źródełek, z których można śmiało pić wodę. Na jednym z zakrętów znajduje się miejsce odpoczynku dla turystów. Pełno tu motocyklistów, które trochę uprzykrzały nam życie w trakcie naszej dotychczasowej wspinaczki. Choć kocham motocykle, to jednak jadąc rowerem, przejazd głośnego motocykla jest denerwujący, głośne „wrrr” jednego to nic…ale już kilkudziesięciu to problem.

Rozkosz zjazdów

Na postoju kosztujemy lokalną czekoladę i inne smakołyki. Dalej las powoli zostaje w dole i otwierają się przepiękne górskie widoki. Ciągle dużo tu motocykli i samochodów. Otaczające nas góry rekompensują jednak wszystko. Po dłuższej wspinaczce dojeżdżamy na przełęcz. Znajdują się tu urokliwe jeziorka, nad którymi postanawiamy zrobić dłuższy odpoczynek i napić się browara. I znów wchodzi mi on rewelacyjnie. Czuję, że będę miał mocno piwny wyjazd 🙂 Adamo narzeka na zgagę, ale on zawsze na coś narzeka…

Po odpoczynku ruszamy na stronę południową gór. Rozpędzamy się do blisko 70 km/h. Wyprzedzam samochody. Staram się jednak od czasu do czasu zatrzymać i popodziwiać widoki. Zostaję sam z Adamem, bo Luk gdzieś pognał. W końcu zaczyna się las, ciągle zjeżdżamy. Spotykamy parkę rowerzystów. Facet pyta nas, czy jeszcze daleko, ale po jego dziewczynie widać jednak, że będzie ciężko. Mają bowiem do zrobienia więcej podjazdu niż zrobili do tej pory. Informujemy ich o dystansie i trudności trasy i gnamy dalej. Doganiam Luka, ale nie ma ze mną Adama. W końcu trasa wiedzie w dół i w górę, i w dół i górę. Docieramy do jeziora i jedziemy wzdłuż jego brzegów. Docieramy do małej budki ze smakołykami i tu nadrabiając zapasy energetyczne czekamy z Lukiem na Adama.

Czekamy i czekamy, a jego nie ma. W końcu żółwim tempem dojeżdża i mówi, że ma doła energetycznego, a nic nie ma już do żarcia. Daję mu kupioną właśnie czekoladę, którą ten pałaszuje w sekundzie. Po kilku chwilach Adamo oznajmia, że już lepiej. Taki dół energetyczny to niemiła sprawa. Jeśli go mieliście to zdajecie sobie sprawę. Człowiek chce, ale nie może naciskać na pedały, jest bezsilny, a nogi ma jak z waty. Podobnie jest przy odwodnieniu. Pamiętajcie więc, aby zawsze mieć ze sobą batoniki lub inne jedzenie oraz dużo pić, nawet wtedy kiedy nie czujemy się spragnieni.

Na Wołoszczyźnie

Ok, jedziemy dalej. Po kilku chwilach docieramy do Zapory Vidraru na rzece Ardżesz. W oczy rzuca nam się dziwny posąg. Ponoć jest to posąg Prometeusza. My nazwaliśmy go Iron Manem 🙂 Dalej za zaporą jest tunel i ruszamy pięknym zjazdem w dół. Otaczają nas skały, a my zasuwamy ok. 60 km/h. Jest bajecznie. Słońce powoli chyli się ku zachodowi. Z daleka widzimy zamek Poenari. To właśnie tu mieszkał Wład Palownik, słynny Dracula.

Jadąc dalej, szukamy powoli miejsca na nocleg. Jest tu knajpka, więc piwko też się należy. Po dłuższym czasie, jadąc przez rumuńskie wioski, docieramy do miejscowości Curtea de Arges. W miasteczku warto zobaczyć niezwykłe cerkwie. Dziś śpimy na kwaterach. Obok jest przyjemna knajpka na świeżym powietrzu.

Kolejny dzień jest upalny. W słońcu blisko 50 stopni. Jedziemy jednak przed siebie. Tereny przemysłowe miasteczka zamieniają się powoli w urokliwe lasy i wzgórza. W końcu docieramy do drogi głównej. Tam znajdujemy knajpkę i oczywiście pijemy browara. Adamo ma zgagę 🙂
Po krótkiej przerwie szukamy zacisznej drogi, bo droga główna jest naprawdę główna. Pełno tu samochodów. W końcu udaje nam się znaleźć boczną trasę biegnącą przez zaciszne wioski. Tu konsumujemy również piwko, bo żar leje się z nieba.

Po następnych kilku kilometrach asfalt się kończy i zaczyna się większe wyzwanie. Szutrowe i męczące podjazdy. 10 kilometrów dalej dojeżdżamy znów do głównej drogi. Ruch jest spory, ale wkrótce i tak odbijamy w stronę Transalpiny. Posilamy się w pobliskiej restauracji i jedziemy dalej. Nocleg znajdujemy nad małą rzeczką. Rozpalamy ognisko i znów jest sielankowo.

Transalpina

Rankiem pogoda się zmienia. Zaczyna kropić. Szybkie ognisko, które rozpalam jeszcze z żaru z dnia poprzedniego. Jemy śniadanie i w końcu ruszamy w dalszą trasę. Dziś w planach mamy zrobienie całej Transalpiny. Kiedy do niej docieramy, okazuje się dużo mniej ruchliwsza niż Trasa Transfogarska. Nie ma tu właściwie ruchu. Pogoda się łamie. Nie jest źle, jest ciepło, jadę bez koszulki, ale pada mocno. Pedałujemy pod górę, ale Luk zostaje trochę w tyle. W końcu zaczyna sypać grad. Zaczynam napierać mocniej na pedały, szukając czegokolwiek, aby się schronić. Jadę, a grad odbija się od mojego ciała, pozostawiając czerwone kropki 🙂 Ludzie jadący od czasu do czasu autem biją nam brawo. Myślą sobie pewnie wtedy o nas, co za idioci…

Jadę dalej. Struga gradu i deszczu. Szosa zamienia się w potok. Po około pół godziny przejaśnia się. Czekam więc na Adama i Luka. Dojeżdża Adamo, ale Luka nie ma. W końcu zatrzymuje się VW Golf i wysiada z niego Luk śmiejąc się. Mówi do nas…”zaoferowali podwózkę to pie…lę jazdę w takim gradzie!” 🙂 Luk dziękuje nowo poznanym znajomym i ruszamy w górę. Pogoda się klaruje. Jest pięknie. Widok gór zapiera dech w piersiach. W końcu docieramy do przełęczy, a dalej do miasteczka, w którym jemy obiad.

Wydaje się, że przed nami tylko zjazd. Okazuje się jednak, że przed nami jeszcze sporo podjazdu, potem zjazd i mocny podjazd. Robi się okropnie zimno, a przepocone ciuchy jeszcze potęgują to uczucie. Po wyczerpującym i ostatnim podjeździe znajdujemy małą knajpkę z kominkiem. Zamawiamy tam herbatę „z prądem” i chwilę odpoczywamy.

Transalpina okazuje się bardziej wymagająca, ale i dużo piękniejsza niż Transforgarska. Jest tu naprawdę magicznie i nie ma tylu ludzi. Sam zjazd to wspaniała kilkudziesięciokilometrowa zabawa i jeden z ciekawszych asfaltowych zjazdów w życiu.

Rozbijamy namioty na kempingu obok starszych Rumunów. Częstują nas nalewką, która smakuje wybornie. Po dłuższej rozmowie z tymi miłymi ludźmi, lekko wstawieni idziemy do namiotów na zasłużony odpoczynek. Przed nami jeszcze trochę jazdy.

Bajeczna wieś

Kolejnego dnia pogoda dopisuje. Jedziemy cudowną trasą pośród lasów i gór. Jest też kilka sztucznych ale pięknych jezior. Jedzie się tu po prostu bajecznie. Nie spieszymy się bo widoki niesamowite. W końcu dojeżdżamy do miejscowości Dobra i tam zamierzamy zrobić skrót do Sybinu. Choć początkowo wita nas spory podjazd, później trasa biegnie przez malownicze wsie. Jest tu zupełnie inaczej niż wcześniej. Zadbane małe domki, pełen porządek, konie, wykoszone polany, śliczne pagórki i dobra jakościowo droga. Dodatkowo zachwycają nas niezwykłe widoki. Pora więc na browara 🙂 Ależ mi wchodzą piwka na tym wyjeździe, niesamowite.

Rumunio – wrócimy!

Dalej jedziemy w górę i w dół, w górę i w dół, ale nie jest to męczące. Dojeżdżamy do małego miasteczka, gdzie kosztujemy pysznego melona, chyba najlepszego, jakiego jadłem. Później docieramy do głównej szosy prowadzącej do Sybinu. Jest ona ruchliwa ale wydzielony, boczny pas daje poczucie bezpieczeństwa. Jedzie się całkiem dobrze. Docieramy do Sybinu. Jest już późne popołudnie. Jemy pizze, pakujemy się i ruszamy autem w drogę powrotną.

​Rumunia to z pewnością kraj do którego będą często wracał. Dobre jedzenie, piękne widoki, niezwykli ludzi to tylko wybrane walory tego wspaniałego kraju.

Nasza trasa: niestety nie działa opcja rowerowa a samochodowa pokazuje zakaz jazdy więc poszliśmy na mapie piechotą