Wycieczka na Kanary wcale nie musi kończyć się hotelem i plażą. Może rowerem. To dobry cenowo archipelag i pełen ciekawych przeżyć dla cyklistów. Dziś zerkniemy na Gran Canarię, gdzie wybrałem się ostatnimi czasy ze stałą ekipą.
OK, tak jak co roku staramy się gdzieś wyjechać na rowery. Tym razem kierunek Wyspy Kanaryjskie. Ekipa to Adamo, Luk i ja.
Lądujemy w Las Palmas – stolicy Gran Canaria. Wita nas ciepełko i piękne słońce.
Tym razem nie braliśmy rowerów z Polski. Warto wypożyczyć je na miejscu. W tym celu autobusem jedziemy do Maspolomas, okolicznego kurortu. Otrzymujemy naprawdę dobry sprzęt.
Zwiedzamy południowe wybrzeże, piękne, choć zbyt dużo tu hoteli i komercji. Zachód wyspy okazuje się zdecydowanie mniej komercyjny i jeszcze bardziej urokliwy, choć zamknięto nam najpiękniejszą trasę widokową…Ha, mimo zakazu część jej udało nam się przejechać. Część, bo po ok. 10 km trafiamy na siatkę rozciągniętą w poprzek drogi potwierdzającą wcześniejszy zakaz.
Siedzi tu koleś sprzedający napoje, serki itp. Wszystkich przyjeżdżających tu samochodem wita poczęstunkiem. Nas olewa…bidoki z Polski muszą jechać rowerami…
Wjeżdżamy w centrum wyspy. Góry, góry, góry czyli coś, co kocham. Piękne widoki i magiczne podjazdy.

Gran Canaria to też wieś i rolnictwo
Nocleg w namiocie. Rankiem spotykamy chłopa, który zaprasza nas do domu pełnego psów, osłów, koni i innego zwierza. Pijemy lokalny trunek z herbatą i jest wesoło, ale musimy jechać dalej.
Zjeżdżamy nad morze na północną stronę wyspy.
Nic tu jednak ciekawego choć znajdujemy dziki, zacny nocleg.
Następnego dnia powrót w góry i ściana deszczu. Zimno i nieprzyjemnie. Trafiamy do sporej miejscowości, w której postanawiamy znaleźć nocleg. Niestety nic tu nie ma, a jedyny hotel kosztuje 400 zł / noc / os.
Dalej zimno, więc rozgrzewamy się w knajpce, gdzie częstowani jesteśmy lokalnymi alkoholami.
Z noclegiem jednak dalej lipa. Postanawiam iść do księdza. Liczę, iż nie odmówi pomocy.
Ksiądz jednak przyjechał tu tylko na jedną mszę i nie mieszka w mieścinie. Po ok. 3 godzinach dalszych prób znalezienia noclegu, ksiądz odnajduje nas i zaprasza na obiad do knajpy, częstuje winem i oznajmia, że ma nocleg dla nas. Chwała mu za to 🙂
Fajnie, że się udało bo naprawdę jesteśmy zmarznięci.
Książęcy nocleg od księdza
Nasz nocleg to sala wykładowa na basenie…super…a przy okazji możemy skorzystać z pływalni…jest i sauna…jestem szczęśliwi.
Kolejny dzień to górskie podjazdy na najwyższy szczyt Pico de las Nieves. Tutaj kolega Łukasz łapie kapcia, z którym nie radzimy sobie z faktu braku pompki, którą deklarował się posiadać Adamo. Co za osioł 🙂
Nasze próby pompowania gaśnicą (desperacja) na nic się zdają. Po ok. 3 godzinach spotykamy Niemców, którzy pożyczają nam pompki.
Ostatecznie Luk zjeżdża stopem nad morze – rozpruta opona.
My z Adamem zaliczamy jeden z najpiękniejszych zjazdów w życiu.
Z 6 stopni robi się 24 w przeciągu godziny… coś niesamowitego.
Znów jesteśmy nad morzem. Pijemy browara, jemy churros con chocolate – ciasto z głębokiego oleju maczane w czekoladzie – dla mnie bomba.
Popołudniem spotykamy się z Lukiem.
Polecam Gran Canarię na rowerową wycieczkę…my braliśmy sakwy i nasz dobytek na rower, ale ta mała wyspa jest również idealna na rowerowanie bez bagażu. Jest górzysta więc przyda się trochę wprawy.
Uwaga: kask jest obowiązkowy – surowe kary; nocleg pod namiotem nielegalny, rozbijajcie się więc po po zmroku lub w miejscach mało uczęszczanych.
Nasza krótka relacja z Kanarów to ledwie czubek góry lodowej zabawy, jakiej można doświadczyć tutaj rowerem. Zapraszamy na kolejne artykuły z kanaryjskiej serii i na nasze zdjęciowanie na Instagramie albo Facebooku.
Hasta luego!
Przemo Zieliński











