Rower i Rodzina. Dwa wielkie „R” i czasem zupełnie kompatybilne „pasje”. Z dziećmi wcale nie trzeba rezygnować z dwukołowego ruchu – poczytajcie, jak robimy to my.
Czy dziecko uniemożliwia podróże rowerowe? Czy narodziny potomka to koniec rowerowania? Cóż…tu mogę stwierdzić, że nie, jednak podróży są zdecydowanie trudniejsze 🙂 Wszystko jest jednak możliwe, jeśli tylko się tego chce, prawda?
My decydujemy się na małą próbę. W wakacje postanawiamy zabrać naszą siedmiomiesięczną córę na wypad rowerowy.
Kupujemy przyczepkę rowerową z hamakiem dla maluchów, pakujemy się i ruszamy. Nasz cel to wschód Polski.
Na dworcu okazuje się jednak, że nie ma miejsc w pociągu. Pytam więc, gdzie można jechać, a Pani z okienka informuje, że może nam sprzedać bilet do Poznania. To nam też pasuje 🙂

Wysiąść z pociągu byle jakiego…
Ruszamy więc do stolicy Wielkopolski. Przyczepka jest dwuosobowa i okazuje się potężna. Jak przy rowerze wygląda całkiem znośnie tak przy pakowaniu do pociągu okazuje się ogromna. To samo jest w pakowaniu się do windy hostelu w Poznaniu. No nic, może trzeba było kupić jedno-osobówkę.
Rano ruszamy w trasę. Obładowani sakwami i przyczepką oraz toną pieluch i innych niezbędnych pierdół dziecięcych ruszamy przed siebie. Początkowo ruchliwe drogi zamieniają się powoli w wiejskie dróżki. Naszym celem jest Malbork, jednak w celu zwiedzenia najpiękniejszych zakątków decydujemy się na mocno okrężną trasę. Docieramy do Puszczy Zielonka. W końcu kontakt z prawdziwą przyrodą. Zaczyna padać i jedzie się ciężko. Mija godzina i teraz już leje. Chowamy się więc w jednym z miasteczek w małej restauracji. Tu niezbędny jest również nocleg, ciągle bowiem leje zimny deszcz.
Rankiem ciągle pada. Sprawdzam pogodę, ale mam mieszane uczucia. Część prognoz mówi o opadach, a część o słonecznej pogodzie. Leżymy więc w wyrkach oczekując poprawy. Około godziny 11 przejaśnia się i decydujemy ruszać dalej. Kiedy wychodzimy z rowerami, świeci piękne słońce, a miasteczko odkrywa przed nami uroki. Cały świat wygląda zupełnie inaczej. Jedziemy wzdłuż rzeki Warty przez miejscowość Nowy Kraków. Ruch jest tu niewielki, a lasy przeurocze. Trochę przypomina mi to Bory Tucholskie. Iga, zapalona „grzybiara” ciągle zapatrzona w las w poszukiwaniu okazów 🙂
Przyczepka w tęczy
Zaczyna się chmurzyć. Tworzy się przepiękna tęcza ale pogoda zaczyna mnie znów martwić. Niebo robi się groźne ale i piękne zarazem.
W końcu zaczyna padać i robi się naprawdę chłodno. Jedziemy drogą asfaltową prowadzącą przez las. Szukamy schronienia, nawet zwykłej wiaty. Po około godzinnej jazdy dojeżdżamy do pierwszych zabudowań. Znajdują się tu dwa domy i nic poza tym. Zajeżdżamy do nich, ale nie ma tu nic, pod czym moglibyśmy się schować i zrobić rozgrzewającą herbatę. Lenka na szczęście smacznie śpi. Przyczepka przemokła od spodu. Na szczęście od góry jest wodoodporna, a Lenka w hamaku zawieszona jest jakby w powietrzu. Nie ma więc kontaktu z wilgotną podłogą.
W tym miejscu polecam przyczępkę Croozer, jednak dno powinno również być wodoodporne. Jest to jak na razie jedyny mankament tej przyczepki. Ogólnie sprawuje się rewelacyjnie.
Postanawiamy więc przejechać następne 7 kilometrów. Tam ma znajdować się mała mieścina. Kiedy wsiadam na rower z jednego z domów wychodzi gospodarz i pyta czy napijemy się herbaty. Z radością stwierdzam, że byłoby miło. On od razu otwiera nam drzwi i zaprasza.
Zaprasza nas do pokoju. Duży ogród graniczący z lasem od razu rzuca mi się w oczy. Piękne miejsce na wypoczynek.
Przebieramy się w suche ciuchy. Lenka się budzi i zaczyna coś gaworzyć. Gospodarz przynosi gorącą herbatę, a ja pytam, czy nie napiłby się nalewki. Gospodarz stwierdza, że chętnie, ale musi niedługo jechać, a zachęca nas do napitku. Z Igą chętnie walimy po bani na rozgrzewkę przed herbatą. W końcu jednak nasz wybawca prosi o nalanie jednej bani, potem stwierdza, że na drugą nóżkę też wypada.
Język mu się trochę rozwiązuje i opowiada nam swoją historię. Był leśniczym, a teraz dorabia sobie jako osoba współpracująca z leśnictwem tj. obserwuje teren, zgłasza pożary itp.
Naładowani leśnicką gościnnością
Około godziny później dziękujemy byłem leśniczemu i szykujemy się do wyjścia. On pyta, czy mamy nocleg w okolicy, bo on nie zna tu żadnego sensownego miejsca i oświadcza, że nie ma problemu, żebyśmy zostali u niego. On na całą noc wyjeżdża na wartę i tylko psa byśmy mu wieczorem nakarmili. My z radością przystajemy na jego pomysł. Wieczorem karmimy psa, rozpalamy ognisko i popijamy nalewkę. Jest sielankowo. Widać gwiazdy, a więc jest nadzieja na poprawę pogody.
Rankiem wpada gospodarz z ośmioma browarami i mówi, że pora odpocząć 🙂 Żegnamy się z nim i z psiakiem, z którym strasznie się zaprzyjaźniliśmy i ruszamy w dalszą drogę.
Pogoda dopisuje, jest piękna słoneczna pogoda. Jedziemy przez urokliwy las i dojeżdżamy do wsi Mężyk, w której znajduje się rów ziemny, przy którym stoi kopalniany wagonik z napisem „Wózek Syzyfa”. Przypominamy sobie, że wspominał nam o tym nasz znajomy leśniczy. Rów ma 170 metrów długości, 10 metrów szerokości i 5 metrów głębokości. Został wykopany ręcznie przez Pawła Jechalika zwanego Syzyfem Puszczy Noteckiej. Pan Paweł był właścicielem okolicznych łąk, które notorycznie były zalewane. Chcąc je uratować rozpoczął swoją budowę. Miał wtedy 72 lata i kontynuował pracę przez następnych 11 lat. Jego syn upamiętnił zmarłego ojca i jego trud stawiając tu pamiątkowy głaz i wagonik, którym ojciec wywoził swój urobek.
Pomorze!
Dalej udajemy się do Drawieńskiego Parku Narodowego. Na wstępie dowiadujemy się, że są tu pola biwakowe. Dokonujemy drobnej opłaty i ruszamy w las. Nad rzeką Drawą odnajdujemy równe pole z dużą wiatą, miejscem na ognisko i małą kładką dla kajakarzy. Jest pięknie. Słońce przebija się przez konary drzew, a rzeka skrzy się jego blaskiem. Zanurzam się w rzece i odpoczywam. Iga z piwkiem siedzi na pomoście i oddycha świeżym powietrzem. Lenka jak zwykle smacznie śpi. Wieczorkiem rozkoszujemy się miejscem, ale pogoda zaczyna się psuć. Taki, już urok tego wyjazdu 🙂
Rankiem pada słaby deszcz. Jako, że rozbiliśmy się pod wiatą, namiot jest suchy. Pakujemy się i decydujemy ruszać dalej. Dzisiejszy cel to Mirosławiec. Krótka trasa, ale pogoda nie zachęca. Po drodze trochę się przejaśnia, Mirosławiec mimo to zostaje naszym punktem noclegowym. Tu jemy obiad w restauracji i udajemy się w okolicę do małego pensjonatu z jeziorkiem na nocleg. Tam pijemy piwko i odpoczywamy.
Z dzieckiem przez poligony i pierogi
Kolejny dzień to trasa do Bornego Sulinowa. Znów niestety pada deszcz. Lenka po śniadaniu śpi. Przyczepka dobrze jej robi 🙂
Ciągle pada. Dojeżdżamy do Bornego Sulinowa, miasto użytkowane przez Armię Czerwoną aż do 1992 roku. Do tego też czasu nie należało do władz polskich.
Zwiedzamy miasteczko, pełno tu symboli ZSRR. Pada. Mam ochotę na KFC, ale znajduję jednynie KFSi – Kurczak, Frytki, Sałatki 🙂
W sumie bym się zdecydował z ciekawości, ale niestety jest zamknięte. Znajdujemy więc pierogarnię, która nie zmieniła się od dziesięcioleci. Czasem jednak dobrze karmią w takich miejscach. Zamawiamy pierogi z mięsem. Nasz farsz to kawałki białej kiełbasy. Choć lubię białą kiełbasę, ta okazuje się ohydna. To są najgorsze pierogi jakie kiedykolwiek jadłem. Postsowieckie 😉 Choć nie lubię takich akcji to jednak idę do Pani kelnerki i zgłaszam fakt. Pani na to, że od lat tak serwują. Widzę jednak chowającą się Panią kucharkę. Wołam ją, a ona pyta, co jest nie tak. Znów wyjaśniam. Pani kucharka mówi, że to nie tak, że to nowość. Pytam się jej czy to jadła, a ona z głową w podłodze, że tak. Pytam jeszcze raz a Pani…”no w sumie to nie, ale wydają się być smaczne” 🙂 I w ten sposób pożegnaliśmy Borne Sulinowo. Będziemy pamiętać pierogi z białą kiełbasą.
Leje deszcz. Naszym dzisiejszym celem jest Kłomino – miasto widmo. Aby skrócić drogę, jedziemy przez dziki las. Pięknie tu, małe urokliwe jeziorka, piękne polanki, ale ciągle leje zimny deszcz. Jesteśmy przemoczeni. Niestety nasz skrót wiedzie nas w ślepe zagajniki, więc decydujemy się wrócić na szosę. Jedziemy dalej. Lenka dalej śpi. Miała tylko chwilę przerwy od spania na Bornym Sulinowie.
W końcu znajdujemy pole kempingowe, jednak niechętnie rozbijałbym namiot w tej ulewie. Pytamy więc czy mają jakieś kwatery i dostajemy przyczepę kempingową. Jest sucho, ciepło i przytulnie 🙂 Jest milusio. Lenka się budzi i harcuje. Z Igą popijamy browara.
Pomorskie lasy nie straszą
Następnego ranka świeci piękne słońce. Okolica jest cudowna. Znajdujemy się nad urokliwym rozlewiskiem rzecznym w pięknym sosnowym lesie. Nie zauważyliśmy tego poprzedniego dnia z powodu mocnego deszczu.
Rozpalam ognisko, żeby dosuszyć buty i ciuchy, które nie wyschły przez noc.
Ruszamy dalej. Dojeżdżamy do Kłomina. Było to miasto prawie identyczne jak Borne Sulinowo, z tym jednak, że to nie zostało ponownie zasiedlone po opuszczeniu go przez „czerwonych”. Teraz straszy swoim pustostanem. Wszędzie buty, szkło, opuszczone bloki. Jakaś niewielka grupa ludzi coś tu próbuje stworzyć, ale na razie to wygląda bardzo skromnie. Wchodzimy do opuszczonych bloków. Totalne miasto widmo, trochę jak miniaturowy Czarnobyl.
Ruszamy dalej. Pogoda dziś dopisuje. Zwiedzamy urokliwe wsie. W niektórych czas jakby się zatrzymał, nie ma asfaltu i nowych domów. Wszystko wygląda jak dawniej. Bardzo przypomina mi to wschodnią Polskę. Dziś trafiamy na piękny nocleg gdzieś w okolicach miejscowości Podgaje. Mimo, iż wcześniej pogoda nie była idealna, średnio robimy około 90 km dziennie, całkiem nieźle. Na nocleg mamy uroczy domek położony przy jeziorze. Gospodarze prowadzą hodowlę drzew iglastych przez co widok również jest ciekawy.
Rankiem ustalamy nasz cel na ukochane Bory Tucholskie. Tu droga mija nam beztrosko. Kąpiemy się w pobliskich jeziorkach, rozmawiamy i cieszymy się urokami regionu. Kolejny nocleg to jeziorko w Borach Tucholskich. Na kolacje jemy kanapki z białym serem i zebranymi jagodami oraz kiełbasę z ogniska. Znów jest pięknie i pogoda dopisuje.
Malbork w krzyżackim… deszczu
Rankiem organizujemy szybkie śniadanie i ruszamy dalej. Dziś naszym celem jest Malbork, do którego mamy około 105 km. Pogoda średnia, ale nie pada. Jedziemy przez miasteczka, podziwiamy architekturę i cieszymy się życiem. Jest chłodno, ale na rower idealnie. Po około czterech godzinach zaczyna padać. Mamy jeszcze około 50 km do przejechania. Po następnych dziesięciu kilometrach robimy dłuższy przystanek w knajpie. Lenka jest w dobrym nastroju.
W ogóle podczas tego wyjazdu nie sprawia nam większych problemów. Tylko to ciągłe przebieranie pieluch 🙂 W knajpie jemy obiad i pijemy po dwie albo nawet trzy herbaty. Dalej pada i w końcu decydujemy się zrobić te 40 kilometrów w deszczu. Choć nie jest przyjemnie wiemy, że w Malborku czekają na nas z obiadem i nalewka domowej roboty.
Po drodze przejeżdżamy przez wioskę o nazwie Dwanaście Apostołów. Z mapy google wynika, iż jest ich kilka w Polsce, a ta znajduje się blisko Sztumu.
Jak wcześniej padało – tak teraz ściana deszczu. Dojeżdżamy do Sztumu i gnamy do Malborka. Zostało jakieś 16 kilometrów.
W końcu dojeżdżamy do celu. Przebieramy się w ciepłe ciuchy, bania nalewki, Lenka w objęciach rodziny, a my szczęśliwi. Na koniec wysyłamy jeszcze zdjęcie z tablicą Malbork naszemu leśnikowi, u którego spaliśmy. Chciał abyśmy mu wysłali takie zdjęcie. 🙂
Końcówka trasy była trochę słaba ze względu na pogodę, ale cały wyjazd rewelacyjny. Ach, na rowerach zawsze tak jest.
Dzięki, Przyjaciele, do zobaczenia na trasie.
Spotkajcie nas (i Lenkę!) na profilu facebookowym i instagramowym BikeTrip.
Przemo Zieliński

















